Strony

sobota, 17 grudnia 2022

Niebezpiecznie narastające piękno

Ten świat jest piękny do obłędu... Krążę wokół tego cytatu ostatnio bardziej niż zwykle. Bo powoli zaczynam rozumieć, dlaczego ze mną – jak to się ładnie mówi – rezonuje.

Ten zachwyt to zaburzenie. I, tak, na swój sposób graniczy z obłędem. Lubię te stany euforii. Lubię, gdy otwierają mi się w głowie skojarzenia, gdy pączkują teorie, gdy rodzą się piękne zdania. Lubię czuć się jak supermenka, planować projekty i podróże. Lubię kochać cały świat i swoje życie. Ale czasem to jest już zbyt silne, jakby drobny impuls mógł sprawić, że się rozpadnę, zacznę wrzeszczeć, płakać, wpadnę w histerię. A nawet jeśli nie, to po euforii przychodzi często otępienie i dół. Ciemna studnia, tym głębsza, im wyższy był mój euforyczny lot.

Próbuję leków, by to wyciszyć.

A przy tym, jak ostatnio ze zdumieniem odkryłam, rozmawiając na ten temat z czeskim znajomym, w oryginalnej wersji tego cytatu nie ma ani słowa o obłędzie. „Jak je ten svět pořád hezčí a hezčí. Ne že by byl, ale já ho pořád tak vidím” – pisze pan Hrabal, czyli dosłownie po prostu: „Ten świat jest coraz piękniejszy”. 

To jednak, jak sądzę, jedna z tych rzadkich chwil, gdy tłumacz uchwycił sens słów autora lepiej niż on sam. Bo przecież obłęd należy do tego stanu. Ale może to niebezpiecznie narastające piękno – to właśnie subtelniejszy sposób, by ten obłęd wyrazić?

Euforia świętych szaleńców.

Fot. crsan / IWoman /CC BY

czwartek, 6 października 2022

Czarna dziura

„O, jaki ładny piesek... A pani jeszcze ładniejsza” – powiedział pijaczek pod dworcem i świat na chwilę ściągnął nogę z gardła. Chwytam się tych drobnych dobrych rzeczy prawie histerycznie, w euforię wprawia mnie słońce o poranku i nadzieja, że może dziś wreszcie będzie jeden z tych dni pełnych słonecznego spokoju, kiedy można iść przed siebie, szurając w jesiennych liściach, choć przez chwilę niczym się nie martwiąc i niczego nie przeżywając. 

Ale tak strasznie ich mało, a zamiast tego gdzieś w ciemność ściągają mnie demony przeszłości, problemy zależnościowe, żal i furia przychodzące na zmianę, uczelniania biurokracja i nieprzyjemny uśmieszek pani w sekretariacie, konieczność prowadzenia zajęć (koszmar introwertyka) i widocznie trzęsące się dłonie przy rozdawaniu materiałów, przymusowe wyjazdy, ciężkie torby, opóźnione pociągi, ciążące mi terminy na oddanie tekstów, coraz krótszy dzień i szare, szare, ciemne niebo. Tata mówi: miotasz się, znów wpadniesz w jakąś chorobę, a ja mówię: muszę tylko przetrwać te dwa miesiące.

Ale ma rację, że to są przecież dwa najgorsze miesiące w roku. Mój histeryczny październik i czarny, ciężki, nieubłagany listopad, który zawsze tak okrutnie się dłuży. Jest piesek, jak promyk słońca w tym wszystkim, i poranne przytulanki. Ale on też mnie teraz boli, bo stresuję go pociągami i wciąż nowymi, obcymi miejscami, bo niedługo co tydzień będzie musiał zostawać na wiele godzin sam, a na spacer zabierać go będzie obca pani. Bo co rusz musi patrzeć, jak zanoszę się płaczem. I ten drugi piesek, kiedyś najbliższy, wciąż pamiętający, rozmerdany, a potem wbijający we mnie wzrok ze zdziwieniem i wyrzutem, kiedy odchodzę. Da się to wszystko znieść?

„Czasem wydaje mi się, że bez sztucznego podtrzymywania nastroju nie przetrwam tego roku” – pisałam tu, w Pięknej Rupieciarni, prawie dokładnie dziesięć lat temu. Czemu nic się nie zmienia? Czy też mam w sobie tę czarną dziurę, którą moi najulubieńsi, Hrabal i Bukowski, zalewali alkoholem, zasypywali słowami? Też zalewam, winem i herbatą z miodem, zasypuję słowami, zapachowymi świecami, lampkami rozwieszanymi gdzie się da, pięknymi pierdółkami w kwiatowy deseń i rodzynkami w czekoladzie, ale wciąż jest źle.

I tak oto, Cassiusie, odłożyłem samobójstwo na kiedy indziej, a może na zawsze, dzięki Pomarańczowi, który, choć chory, zatańczył mi najlepiej, jak umiał, był niedołężny, ale widziałem, że chce mi zrobić przyjemność, że mnie prosi, abym nie zamierzał wyprawiać się na drugi brzeg rzeki Lete bez Charona... (...) Bo gdyby was nie było, nie byłoby także mnie, bo nie mam innego powodu żyć...

B. Hrabal, Dobranocki dla Cassiusa, przeł. Andrzej Czcibor-Piotrowski, wyd. Świat Literacki, Izabelin 2004.

Fot. Victoria_rt / pixabay.com

czwartek, 1 września 2022

Pepinek


Najbardziej lubię, kiedy się cieszy. Kiedy wie już, że zaraz wyjdzie na spacer i zaczyna chrumkać z radości. Kiedy staje na tylnych łapkach i rzuca się na drzwi. Kiedy biega, podskakuje i tarza się na trawie jak mały bączek. Kiedy macha tym swoim kikutem ogonka i uśmiecha się, szeroko. Kiedy po moim powrocie do domu podchodzi i kładzie mi główkę na kolanach, nadstawiając do głaskania.

Najbardziej nie lubię, kiedy wieczorem zaczyna ciężko oddychać albo się krztusić i boję się, że już się zaczyna. Bo jego choroba to odroczony wyrok i prędzej czy później objawy się pojawią. Tym bardziej cieszę się z dni takich jak dziś, gdy rozpiera go energia i wcale nie widać, że ma chore serce. I głaskam, jakby to wszystko miało się już jutro skończyć. Dużo miłości.

piątek, 29 lipca 2022

Jerzyki jeszcze nie odleciały

„Jerzyki już odleciały” – powiedziała moja babcia pewnego wieczora ponad dekadę temu. Stała przed tym samym oknem, przez które ja teraz codziennie wyglądam na świat, zadumana, zapatrzona, chyba smutna, a za oknem zapadał fioletowy zmierzch. Przeżywałam właśnie pierwszy poważny miłosny kryzys, musiałam podjąć decyzję, która mogła wszystko zmienić, i przyjechałam do niej na kilka dni. Pomyśleć. Przy niej było dobrze, spokojnie.

Wtedy jeszcze nie zwracałam na nie uwagi – czy jeszcze są, czy już odleciały. Im jednak jestem starsza, tym bardziej mnie zachwycają i tym bardziej boję się momentu, kiedy odlecą. Jeszcze są. Dziś latały wysoko, ale słyszałam ich gwizd w szarym powietrzu, widziałam, jak cięły pochmurne niebo. Chłonę to wszystko i staram się zapamiętać na resztę roku. To ich ostatnie dni. Odlatują na początku sierpnia. Kiedy skończę trzydzieści cztery lata, będą się już szykować do drogi. W sierpniu wszystko się zmienia. Pogoda, światło, atmosfera. Noce są chłodniejsze. Lato robi się zmęczone i ciąży ku jesieni.

Mój świat zmieni się jednak tym razem wcześniej, już jutro. Jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, jutro wieczorem będziemy już we dwoje. Mały rudzielec z posiwiałą główką, nie najmłodszy już, jak ja, i z serduchem trochę pokiereszowanym, jak ja. I jest znów ta mieszanka radości i strachu. Czy dam radę? Czy będzie mu u mnie dobrze?

Fot. 9436196 / pixabay.com

niedziela, 3 lipca 2022

Praga: nowe wspomnienia


Lubię to, że wracając teraz do Ostrawy czy do Pragi i na Smíchov, czuję się trochę jak u siebie. To było tylko kilka miesięcy, ale jednak. I choć nie znalazłam jeszcze miejsca na świecie, które z przekonaniem mogłabym nazwać domem, to miło mieć świadomość, że są takie, trochę bardziej oswojone, trochę mniej obce.

Oczywiście ma to też swoje ciemne strony. Wspomnienia, które atakują znienacka. I kiedy jakiś człowiek wchodzi do metra z wielkim psem, a po chwili zaczyna go do siebie tulić, uśmiech szybko przeradza się w łzy.

Przy tym ostatnim pobycie w Pradze znalazłam się jednak gdzie indziej, wśród innych ludzi, i przyszły nowe obrazy, które może pomogą zapomnieć te stare. Deszcz szumiący wśród liści za oknem hotelowego pokoju, rozmowy o tym, że wszyscy mamy „syndrom podvodníka” (z kimś, którego nigdy bym o ten syndrom nie podejrzewała), uściski na pożegnanie, kradzione papierosy, plamy z czerwonego wina na trampkach, James Dean, gdy za oknem już świtało.

No, no, serce… bądź cicho… odpoczniemy teraz.

Colette, Narodziny dnia, przeł. Krystyna Dolatowska, wyd. PIW, Warszawa 1975, s. 27.

środa, 15 czerwca 2022

Psie spojrzenie


Stała piętro niżej przy schodach, bezskutecznie przywoływana z góry przez właściciela. Nie chciało jej się jeszcze do domu. Maja.

Podeszłam, pogłaskałam ją po biało-rudym grzbiecie, zaczęła się do mnie garnąć. Krótka chwila ludzko-psiej czułości. „Leć do domku”, powiedziałam wreszcie i ruszyłam schodami w dół. Na półpiętrze obejrzałam się, stała wciąż u szczytu schodów, nie poszła za mną, ale patrzyła na mnie swoimi ślicznymi psimi oczami, intensywnie i z wyrzutem, jakby chciała powiedzieć: „Dokąd idziesz? Zostań jeszcze ze mną”. 

I od razu przypomniał mi się inny pyszczek i inne oczy, które tak patrzyły. Tylko psy potrafią tak patrzeć. Tylko psom wystarczy, że jesteś, że głaskasz, że czują, że jesteś tu dla nich. Nie musisz umieć mówić i żartować, nie musisz popisywać się i udawać kogoś, kim nie jesteś – jak przy ludziach.

Boli mnie każdy dzień, gdy nie mam psa przy sobie.

Fot. PublicDomainPictures / pixabay.com

wtorek, 24 maja 2022

Brneńska poezja ulicy


Brno było dzisiaj sympatyczne. 

„Najlepszy taneczny klub w Brnie” reklamowała na ulicznym bilboardzie grupka roztańczonych emerytów.

Przy popołudniowej kawie przysiadł się do mnie młody bezdomny. Trochę wypytał, trochę się pożalił, w końcu powiedział, że się zbiera, bo mógłby jeszcze dłużej ze mną siedzieć i opowiadać, ale wtedy już na pewno bym się w nim zakochała. I byłby problem.

W pociągu starszej pani po drugiej stronie korytarza zadzwonił telefon, odebrała na głośniku. W całym wagonie rozległ się głos staruszka pytającego, czy już wraca i czy czekać na nią z kawą. A potem to jego rozkoszne: „A jakou chceš? Kapučínko?”.

Wszystko jest literaturą – czasem słodką jak kapučínko!

Fot. Skitterphoto / pixabay.com

środa, 18 maja 2022

Cud przed lodziarnią

Znów jestem w swojej samotni, znów jest pusto, cicho i trochę smutno, ale spokojnie i świetliście. Znów na morzu trochę się poturbowałam, więc przybijam do portu, tu, gdzie za oknem o tej porze roku ocean zieleni i jerzyki tną powietrze jak małe sztylety, jak w Nymburku z dziecięcych wspomnień Mistrza Hrabala. 

Nie wiem, na jak długo. Ale czuję, że jestem teraz trochę mądrzejsza. Już nie mam ochoty dawać się zabić temu kochanemu, mam panią, której opowiadam o moich uczuciach i która uczy mnie troski o samą siebie, i czekam już tylko na moment, gdy w moim życiu pojawić się będzie mógł kolejny kudłaty przyjaciel. Już niedługo, jeszcze tylko półtora miesiąca.

Gdy burze uczuć ucichły, znów zaczęły do mnie przychodzić obrazy – bezszelestnie i znienacka jak koty – i znów na ich widok nieśmiało się uśmiecham. Ostatnio to był chłopiec widziany z okna tramwaju. Siedział na progu przed lodziarnią w krótkich spodenkach i mieniących się kolorowo okularach przeciwsłonecznych, i radośnie pochłaniał loda. Jakby wszystko było na swoim miejscu, spokój, jakby żadnej wojny nigdzie nie było.

Wojna też trochę zmienia myślenie. Nie patrzę w przyszłość dalej niż na kilka miesięcy, nie planuję, nie oszczędzam, bardziej cieszę się tym, że mogę pójść rano na dobrą kawę z budki pod blokiem, a po południu zajrzeć do księgarni i kupić coś, czego kupować nie zamierzałam.

I tylko cytatu żadnego na dziś nie mam, bo wciąż jeszcze czasu i przestrzeni w głowie na powrót do czytania brak. Ale i to się zmieni, wierzę, niedługo. 

Fot. SiliviaEmilie / pixabay.com

poniedziałek, 7 lutego 2022

Koraliki, szaleńcy i świetliste węże


Dopiero dziś dotarło do mnie, że to już. Czas pożegnania. Przechodząc dziś przez plac Wacława uświadomiłam sobie, że za pięć dni już mnie tu nie będzie, a Praga znów przestanie być moją Pragą. Może więc warto o niej choć krótko opowiedzieć? Zatrzymać w kilku obrazkach, zapamiętać?

Moja Praga jest najpiękniejsza o zmierzchu. Na Petřínie zapalają wtedy latarnie i wygląda jak dama z koralikami we włosach. Na Cmentarzu Wyszehradzkim robi się cicho i złociście, a wzdłuż Wełtawy suną tramwaje i pociągi, jak świetliste węże. Moja Praga jest pełna smíchovskich świętych szaleńców, którzy „szukają właściwej drogi”, a tramwaje jeżdżą tylko dla nich, i pełna wydr, które jedzą ludziom z ręki i wcale się nie boją. Mosty są tu szerokie, masywne, kawiarnie mają wielkie okna i wszędzie pełno zakamarków, w których można się zgubić. Moja Praga pachnie grzańcem i bożonarodzeniowymi choinkami. Jest wietrzna i jasna lub cicha i niebieska, czasami zamyślona i mglista, i zawsze pełna łabędzi. Jest jesienna (trochę za krótko) i zimowa (trochę za długo). 

Będę za nią tęsknić. Tym bardziej, że wraz z nią zostawiam za sobą coś więcej niż pięć miesięcy życia. Ale może będzie jeszcze inna, kiedyś?