sobota, 2 czerwca 2018

Zdziczała Arkadia

Inaczej niż wiele moich szkolnych koleżanek, nigdy nie miałam babci na wsi. Jakąś odległą rodzinę, to tak, ale jeździło się do niej raczej od święta. Byłam mieszczuchem. Lecz miałam swoją małą enklawę wiejskości. Miejsce, gdzie można było leżeć na trawie, przyglądać się robaczkom, zaspokajać potrzebę kontaktu z naturą.

Trochę głupio mi o tym pisać, bo ogródek działkowy nie nadaje się przecież na dziecięcą Arkadię. Jakiś piękny dom z ogrodem, gospodarstwo ze zwierzętami, chatka w górach czy nad jeziorem – to tak, ale działka? Śmieszny skrawek ziemi, w której z oddaniem grzebią emeryci, obdrapane ławeczki, rozpadające się dykciane budy? Cóż, właśnie tak. W takim miejscu wraz z siostrą, pod czujnym okiem mamy i dziadków, spędzałyśmy w dzieciństwie najpiękniejsze wakacyjne dni.

Naprawdę czułam się tam, jak gdybym była daleko poza miastem. Drzewa i krzewy tłumiły odległe odgłosy ulic, a z tyłu, za ogrodzeniem, ciągnęły się pola porośnięte wysoką trawą, krzewami i kępami drzew, skąd czasem wyskoczył bażant, czasem zając, a kiedyś nawet, na moich oczach, sarna. Choć jeszcze w mieście, było tam dziko.

To tam, wśród żonkili, winorośli, śliw i czereśni, pączkowała moja bujna wyobraźnia. Zawzięcie odbijając piłeczkę tenisową, przymocowaną na gumce do zbiorniczka napełnianego wodą i położonego na ziemi, wyobrażałam sobie, że jestem wielką tenisistką, trybuny szaleją. Gdy babcia, zachwycona wypieloną przeze mnie grządką, zakrzyknęła „Urodzona rolniczka!”, natychmiast przeistoczyłam się w małą farmerkę. Gdy podrosłam, podczas długich godzin wśród grządek malin byłam mickiewiczowską Aliną, czekającą na swojego księcia.

Pamiętam młodziutką marchewkę, którą wraz z siostrą jadłyśmy z takim smakiem, i zielony groszek z pękających strąków, i poziomki. Pamiętam przedpołudniowe rozmowy przy kawie pitej przez dorosłych przy rozkładanym stoliku, zupę podgrzewaną na palniku gazowym, a potem smak herbaty ze świeżej mięty. Pamiętam moją „kuchnię” w piaskownicy, potrawy robione z piasku, wody i niedojrzałych jeszcze winogron, i siedzenie w ciemnym, pachnącym stęchlizną wnętrzu dykcianego domku, gdy akurat rozpadał się deszcz. Pamiętam roślinny zapach pomidorów w gorącym wnętrzu namiotu, pamiętam kłujący dotyk ogórków, pieczenie na nogach po pokrzywach, szelest wysuszonych na słońcu liści fasoli, warkot silnika samolotu gdzieś wysoko, wysoko. Wdrapywałam się na przerdzewiałą beczkę na deszczówkę, żeby zobaczyć, co jest tam dalej, ponad drzewami. Gdzieś tam był świat, który miałam kiedyś zobaczyć, ale to później, kiedy dorosnę, jeszcze nie teraz.

Potem się to skończyło. Najpierw umarł dziadziu. Została po nim tylko kosa w kącie i kurtka, w której gniazdo uwiły sobie pająki. Moja mama dzielnie starała się go zastąpić, ale zabrakło męskiej ręki, niezbędnej do cięższych prac. Babcia była coraz słabsza i też nie miała siły, by robić tyle, co dawniej. W końcu i ona odeszła. I działka została sierotą, przeszła w ręce mamy, która miała swoją pracę i nas, i nie mogła poświęcić jej tyle czasu, ile było trzeba. I zdziczała moja Arkadia, zarosła chwastami, beczka na deszczówkę pękła, dach w domku zaczął przeciekać, a pod łóżkiem wyrósł kopiec jakiegoś bardzo zdeterminowanego kreta. Nie było już młodych marchewek, groszku, poziomek ani żonkili, nie było naparu ze świeżej mięty.

Kilka tygodni temu tam wróciłam. Po długich latach – zobaczyć, jak wygląda ten skrawek ziemi, który był kiedyś dla mnie tak ważny. Nie poznałam go. Prawie minęłam, poszłam dalej, bo zawiodły też inne punkty orientacyjne, wszystko tak bardzo się tam zmieniło. Nie ma już enklawy wiejskości. Po naszej stronie jest jeszcze dziko, ale za drugim rzędem działek, tym naprzeciw naszego, wyrosło osiedle, piękne, nowe bloki, i zagląda już ten zewnętrzny, miejski świat bezwstydnie do naszych ogródków.

Ale nie poznałam też dlatego, że dziś ten skrawek wydał mi się tak mały. Nie po raz pierwszy zszokowała mnie ta „dorosła” zmiana perspektywy – to, co było wielkie i piękne, dziś jest tak małe i zwyczajne. To był jednak ten sam mój mały świat, poznałam go po metalowym, ogołoconym z płatków słoneczniku na jednej z mijanych bramek, i po zapachu. Wszystko pachniało tam tak, jak dawniej. Sparciałą gumą, nadgniłą dyktą, ogniskiem i „śmierdziuchami” – tymi kwiatkami, które później mama kupiła mi na balkon, i tak bardzo lubiłam je wąchać, bo przypominały mi dzieciństwo. Słońce świeciło tak samo, niebo wydawało się tak samo od niego wyblakłe, jak kiedyś, i tak samo podzwaniały na wietrze plastikowe butelki i puszki po piwie na wbitych w ziemię prętach, dla odstraszenia ptaków.

Gdy byłam mała, zawsze chciałam pójść tą alejką wśród działek do końca. Na drugi koniec, nie ten, gdzie zostawialiśmy samochód, ale ten odległy i nieznany. Zbyt się bałam zapuścić tam sama, wiedziałam, że będą się o mnie martwić, a nikt z dorosłych nie miał czasu, by towarzyszyć mi w tej wyprawie. Dziś spełniłam tamto marzenie. Choć wszystko wygląda już trochę inaczej, zrobiłam to – poszłam alejką do końca. U progu trzydziestki zaspokoiłam swą dawną, dziecięcą ciekawość. I byłam szczęśliwa.

Nieważne, że dziś już nie ma tych malin, które tak chętnie zbierałam, tych ogórków, które kłuły mnie w dłonie, szeleszczącej fasoli, pachnącego kopru. Nieważne, że zamiast wiejskiego domu z ogrodem albo chatki w górach mam tylko ten skromny, emerycki ogródek działkowy. Dla dziecka, jego bujnej wyobraźni, oczu i uszu chłonących wszystko jak gąbka, to tak samo dobra Arkadia, jak każda inna.

sobota, 17 lutego 2018

Kos wśród płatków śniegu


Czas od ostatniego, sierpniowego wpisu minął mi błyskawicznie, jak jeden dzień. To było intensywne kilka miesięcy, i przede mną jeszcze kilka równie intensywnych, zanim jednak pochłonie mnie na nowo wir pracy, biorę głęboki oddech i zostawiam tu dwa zimowe obrazki. Zimowe, choć w jednym czuć już wiosnę.

Pierwszy z nich jest bardzo zwyczajny, co nie ujmuje mu uroku. Śnieg skrzący się w świetle ulicznych latarni, po prostu. Po prostu, ale w tej prostocie jest perfekcja. Żadna drogocenna kolia nie skrzy się tak pięknie, a leży ten cud przy drodze, i nikt nie zwraca uwagi. Jak na latarnie rozpalane i gaszone przez pana Rambouska.

Drugi – wychodzimy z siostrą na ulicę o zmierzchu, z fiołkowego nieba lecą ciężkie płatki śniegu, a mimo to gdzieś na pobliskiej gałęzi niestrudzenie śpiewa kos. Ten ptak lasu i beztroskich letnich wieczorów, jak zauważa siostra. Ptak ciszy zaraz po deszczu, czerwono-słonecznych powrotów z ostatnich zajęć na uczelni i chwil, gdy pod wieczór pustoszeją podwórka, a na ulicach robi się cicho, dopowiadam ja. Mój ulubiony ptak – czas zawsze na moment dla mnie staje, gdy słyszę jego śpiew. Wiele z tych chwil pamiętam. A teraz mam w kolekcji kolejną, unikatową – z płatkami śniegu w tle.

I jeszcze jedno ważne odkrycie ostatnich dni. Smak świeżej mięty to moja magdalenka.

Fot. Leo_65 / pixabay.com

środa, 16 sierpnia 2017

W słoiku sierpniowego miodu


Trochę mniej tu ostatnio literatury, za to życie ze swoimi obrazkami rozgościło się na dobre. I niby dobrze, bo tak miała przede wszystkim ta rupieciarnia działać, ale jednak lubię się inspirującym cytatem podeprzeć. Więc dziś będzie cytat, a nawet kilka. Z cudownej Colette, która siedzi sobie na francuskiej Prowansji, wspomina swoje miłości i cieszy się na nowo odkrytą samotnością. Do snu kołysze ją oddech stateczków w porcie.
Drugie nakrycie... Niewiele zajmuje teraz miejsca: zielony talerz, stary kieliszek z grubego szkła, trochę mętnego. Jeśli dam znak, by sprzątnięto to na zawsze, żaden złowieszczy powiew nie zerwie się nagle na horyzoncie, nie zjeży mi włosów i nie sprawi – jak to bywało – że całe moje życie obróci się w inną stronę. Jeśli to nakrycie zniknie z mego stołu i tak nadal będę jadła z apetytem (s. 10).
I ja uczę się tego jedzenia w samotności, ale z apetytem. Tak, bywają chwile, jakbym tonęła w jakiejś ciemnej mazi, ciężko mi oddychać i ciężko się uśmiechać, ale kiedy indziej robi się lekko. Chodzę na spacery, jeżdżę na rowerze, byłam nad morzem, a wracając spędziłam cały dzień w Gdańsku zupełnie sama, i przeżyłam. Polubiłam siebie i swoje towarzystwo. Na trzydzieste urodziny planuję wyjazd do wymarzonej Portugalii. Planuję, że sprawię sobie psa, i kiedy już dostanę samochód, będę z nim jeździć na weekendowe wycieczki. Planuję kursy, projekty, zajęcia, głowa aż mi pęka od tych planów. Nie siedzę i nie katuję się złymi myślami. 
Może to tylko dziecinada, rodzaj wstydliwego zajęcia – mam tu na myśli cierpienia kobiety z powodu mężczyzny i mężczyzny z powodu kobiety. To rzecz w najwyższym stopniu przykra. Przyznaję, że trudna do zniesienia. Obawiam się jednak, że ta odmiana cierpienia nie zasługuje na żadne specjalne względy. Podobnie jak starość i choroba, do których zaczynam nabierać coraz większej odrazy: obydwie dopadną mnie niedługo. Z góry już zatykam sobie nos... Chorzy z miłości, zdradzani, zazdrośni muszą chyba tak samo brzydko pachnieć (...). Cóż to za pożałowania godne upodobanie w łzach rozmazanych po twarzy, w wymownych spojrzeniach, w wystawaniu za uniesioną firanką, w tych melodramatach... (s. 19).
Trochę boję się zimy, bo w ciemnościach, szarościach i zimnie również pogodę ducha trudniej pielęgnować. Ale to jeszcze sporo czasu, a po drodze złocista, pachnąca herbatą i ciastem z dyni jesień – moja ulubiona pora roku.

Na razie cieszę się ukochanym sierpniem. Obserwuję, jak zmienia się światło, jak lipcowe ostre słońce przeradza się w to miękkie, ciepłe, jakby wszystko utonęło w słoiku miodu. Napawam się ziemistym zapachem pierwszych owoców opadłych z drzew, gnijących w trawie. Pozwalam osom wpadać z wizytą, pozwalam im siadać na mojej dłoni i spacerować po palcach, jak kiedyś. Późnym wieczorem przymykam drzwi balkonowe, bo noce bywają już chłodne, i patrzę, jak za oknem pająki pracowicie budują swoje sieci. Robią teraz zapasy, muszą jakoś przetrwać zimę. Jerzyki chyba już odleciały.
Czy ktoś mógłby wyobrazić sobie, że traf uczyniłby ze mnie jedną z tych kobiet przypisanych jednemu mężczyźnie tak, iż niezależnie od tego, czy miały dzieci czy nie, zabierają ze sobą do grobu, bezpłodne, zatwardziałą cnotliwość starych panien?... Na samą myśl o takim losie mój pulchny sobowtór, ogorzały od słońca i wody, którego widzę w pochyłym lustrze, zadrżałby ze zgrozy (s. 17).
Lubię tę Colette. Lubię, bo jest taka inna, taka barwna, taka silna, tyle miała odwagi, by żyć jak chciała. Nie martwiła się, że nie jest jak z fabrycznej formy. Ja też, jak się okazało, nie jestem, choć bardzo chciałam być. Od Colette będę się uczyć, jak z tym żyć, i jak się tym cieszyć.

Cytaty: Colette, Narodziny dnia, przeł. Krystyna Dolatowska, wyd. PIW, Warszawa 1975.
Fotografia: gillag / pixabay.com

piątek, 4 sierpnia 2017

Cytrynowe zjawisko

Tak kiedyś wyglądała?

Dziś krótko. Dziś tylko jedno kolorowe zjawisko. Miało na sobie cytrynowo żółtą suknię, na ramionach barwną chustę, na nosie okulary przeciwsłoneczne w modnych oprawkach, a na głowie misternie ułożone blond włosy. I jakąś siedemdziesiątkę na karku. Szło powoli między ławkami, podpierając się na ramieniu młodej dziewczyny. I choć tak bardzo odstawało od innych starszych pań w kościelnych ławkach – zwyczajowo odzianych w bezpieczne szarości, brązy lub beże – nie przejmowało się. W ten własny, kolorowy sposób święciło dzień święty, nie dbając o zdanie innych. Mieć tyle odwagi, by być sobą!...

Fot. jill111 / pixabay.com

niedziela, 23 lipca 2017

Roztargnione czułości


Smutny dziś dla mnie dzień, więc pocieszam się znów obrazkami. Zebrało się ich trochę przez ostatnie tygodnie, korzystam więc z okazji, by rozbudować moją kolekcję dni słonecznych.

Warszawa. Siedzę przy stoliku, przede mną dziewczyna i chłopak, stoją i patrzą na tablicę z menu. Na wysokości wzroku mam ich splecione dłonie. Ona ma na ręce zegarek i bardzo ładną bransoletkę z serduszkiem. Jest szczupła, śliczna, a przy boku ma przystojnego chłopaka. Jedną ręką wciąż ściska jego dłoń, drugą zaczyna go gładzić po ramieniu, pewnie nawet nie do końca świadomie. A on pewnie nie do końca świadomie odczuwa przyjemność z tej trochę roztargnionej czułości. Jakby bez słów, na jakimś wyższym poziomie mówiła mu – i przy okazji wszystkim innym – „Jesteś mój”. Odwraca się, na chwilę nasz wzrok się spotyka, ale szybko wbijam swój w stolik; nie chcę, by z niego wyczytała, jak jej zazdroszczę.

Znów Warszawa. Starsza pani na ulicy, sprzedaje kwiaty. Siwe włosy, krzaczaste brwi, puste spojrzenie gdzieś przed siebie, jakby już niczego od życia nie oczekiwała, jakby nie spodziewała się, że ktokolwiek będzie chciał coś od niej kupić. Żałuję, że nie widuję ich na ulicach w moim mieście. Kupowałabym u nich, żeby tylko widzieć, jak się uśmiechają. Tylko czy jeszcze się uśmiechają?

Jeszcze raz Warszawa. Grupka Japończyków stoi na Patelni, trzymają kartki z napisem „Proszę wierzyć w Jezusa Chrystusa!”. Kiedy przechodzimy obok, jedna z nich, pani w średnim wieku, powtarza to samo na głos. Nie wiem, o co chodzi, ale odwzajemniam uśmiechy.

I jeszcze raz Warszawa, i jeszcze raz Japończycy. Turyści. Wchodzą do bazyliki w czasie mszy, rozglądają się. Rozlega się dzwonek na podniesienie. Jedna z nich, niepewnie, patrzy na ludzi i naśladuje ich – klęka. Druga, widząc to, też klęka i ciągnie swoich towarzyszy, klękają wszyscy. Rozczulają mnie.

W domu, po powrocie. Trochę senna, rozpakowuję się. Niedziela wieczorem, weekendowi imprezowicze już odpoczywają, na ulicy cisza. I nagle gdzieś w oddali za oknem słyszę okrzyk: „Ewka!”. Po chwili jeszcze raz, a potem, trochę rozpaczliwie: „Kocham cię!”. Uśmiecham się, ale zaraz robię się smutna. Zastanawiam się, czy Ewka chce być kochana.

Praga. Ogród Franciszkański, późnym popołudniem. Siedzę na ławce, jem smażony ser w bułce, przechodzący chłopak mówi mi: „Dobrou chuť”. Wydaje mi się, że wszyscy się do mnie uśmiechają, że świat jest dziś tak ładny i pełen słońca. Podchodzi starszy pan, zagaduje po polsku. Odpowiadam, oczywiście, też po polsku, jest zaskoczony, bo jaka była szansa, że też będę Polką? Rozmawiamy. Mówię, co tu robię, on mówi, że jest poetą i wspomina bohemistów, których zna. Mówi, że osobiście poznał Hrabala. Ale ma z tego spotkania złe wspomnienia. Jest z córeczką, która bardzo chce iść się pobawić, pozwala jej. Niedługo mała wraca z drugą dziewczynką, Czeszką, żegnają się, łapią się za rączki. Mówi, że się rozumiały. Teraz my się żegnamy, odchodzą, zostaję znów sama na ławce. Mijają mnie przechodnie, rodzice z dziećmi, jakaś mama porywa na ręce bosego brzdąca. Jedzą lody, słodka papka spływa po małych rączkach.

Autobus, wyjeżdżam z Krakowa. Wszystko jest złote, słońce stoi już nisko. Przejeżdżamy nad jakąś rzeczką, po której powoli sunie rodzina łabędzi – mama, tata i trzy małe łabędziątka. Mama z przodu, tata pilnuje tyłów. Znów uśmiech, i znów smutek.

Fot. walteresch / pixabay.com

czwartek, 15 czerwca 2017

Słonecznik w butelce po piwie

Numer sześć. Prądnicka.

Po każdym z miejsc, w których mieszkałam, została mi przynajmniej jedna miła rzecz, jakieś wspomnienie. Taki obrazek – jak zdjęcie, którym dokumentuje się jakiś okres w życiu.

Na miasteczku studenckim, w Babilonie – to były liście wirujące w powietrzu na wysokości tego ósmego piętra, błękitne niebo, niebieskie zmierzchy, światło zmieniające się z zielonego na czerwone na pustym przejściu w środku nocy i wieża Kościoła Mariackiego na horyzoncie. I poczucie miłego zadomowienia w te jesienne i zimowe weekendy, kiedy wracało się zmarzniętym po rundce po mieście i zapalało się światło, choć jeszcze nie było całkiem ciemno.

Dalej na miasteczku, ale w Kapitolu – zmierzch czerwony, kiedy wróciłam po rozmowie ze spotkaną na ulicy przyjaciółką, i ona powiedziała mi, że jej tata umiera. Ludzie w oknach w jamniku naprzeciw, i latarnia na rogu, która zapalała się, kiedy było jeszcze całkiem jasno.

Na Praskiej – te ciche i słoneczne popołudnia, kiedy siedziałam sama, czytałam Prousta, a słońce za oknem zanurzało się w Wiśle jak wielki, soczysty owoc. Na Fieldorfa-Nila – też słoneczne popołudnia, ale na balkonie, pod cieniutkimi jak bibułka jesiennymi liśćmi winorośli, ze spokojnymi rozmowami emerytów w ogródku na dole. Mali chłopcy grający w nogę na stadionie za oknem, i pewna sierpniowa noc, kiedy piłyśmy z siostrą piwo, też na balkonie, gwiazd było tak dużo i czułam się taka mała. Zagubiona. I Światłość w sierpniu, i rozstanie, i łzy.

Na Sabały – światło wpadające przez wszystkie cztery okna, czyjaś oświetlona kuchnia w domu obok i czerwone lampki świąteczne w zamkniętym sklepie po drugiej stronie ulicy. Na Prądnickiej – dorożki, które wracały wieczorem z rynku, i światła samochodów omiatające sufit, kiedy się leżało w łóżku, ale jeszcze nie spało.

Najwięcej wspomnień mam z Chrobrego. Popołudniowe słońce w kuchni, pomarańczowa kuleczka w oddali. Poranki, kiedy słońce świeciło tak nieznośnie, ale nie chciało się jeszcze wstawać z łóżka, i kisiło się pod kołdrą. Wspólne późne śniadania w sobotę, przy wysokim stole, na barowych stołkach. Szare wolne dni pod kocem, długie rozmowy i obserwowanie pociągów za oknem. Dziewczynka odbijająca piłkę na ulicy w pewną słoneczną niedzielę. Ryk autobusowego silnika na zakręcie, światła schodzących do lądowania na Balicach samolotów, ciepły wieczór i rozmowa dwóch chłopaków idących ulicą z czteropakiem Warki. Słonecznik na parapecie, w butelce po piwie.

Bywało pięknie, choć to nigdy nie był dom ani Dom. To były wynajęte mieszkania, w których zawsze brakowało mi miejsca na książki i wygodnego biurka, w oczekiwaniu na coś własnego.

Teraz mam dom. Coś własnego. Mam kwiaty na balkonie, regał na całą ścianę, dwa biurka i stół, przy którym piję kawę z pianką. Ale to nie jest Dom. Nie ma tu życia, tylko niespełnione marzenia po kątach. Coś poszło nie tak.

sobota, 11 lutego 2017

Księżycowe kaczki

Od kilku lat zima była dla mnie czasem, który przesypiałam jak niedźwiedź. Nie obserwowałam, nie notowałam, nie zwracałam uwagi na świat dokoła mnie, bo przecież w zimie nie ma dni słonecznych. Ale to nieprawda.

Tegoroczna zima jest piękna i hojna. Mocna, czysta, mroźna. A może jednak to prawda, że tutaj, w mieście mojego dzieciństwa, z dala od – ukochanego co prawda, ale jednak – krakowskiego gwaru, widzę więcej. Poza tym jest mi stale smutno, a smutek jakoś dziwnie pobudza wyobraźnię. Za panem Hrabalem:
Ja zawsze na to cierpiałem, na głęboką melancholię (…). Ten nastrój to coś niezmiernie płodnego, bo wprawdzie jest się samemu, ale to jest taka euforyczna samotność, można nawet powiedzieć, że jest to stan pożądany i często wywoływany sztucznie, za pomocą alkoholu – ten spleen, melancholia, ponieważ w tym stanie jest się najbliższym dostąpienia czegoś, co nazywa się objawieniem. Naraz coś się zaczyna dziać, objawia się panu jakaś myśl, której mógł się pan spodziewać, tylko będąc pogrążonym w melancholii. Coś, czego nie znajdzie pan w jakimś hopsasa, w radosnym nastroju. Znajdzie pan to w ciszy, w głębinach melancholii.
Tyle, że u mnie o „objawieniach” trudno mówić, to raczej objawionka. I takim objawionkiem był dla mnie wczoraj księżyc, który jeszcze za dnia, około czwartej, wyjrzał zza komina domu naprzeciw. Wypełzał powoli, a zarazem zaskakująco szybko, jak tłusty, różowy robak.

To było hipnotyczne, nie mogłam oderwać od niego wzroku. Zrobiłam kilka zdjęć, ale na zdjęciach wygląda już tylko jak maleńka kulka światła, jak nieistotny element tła, nie tak, jak powinien – jak wielki i różowy mistrz pierwszego planu. Niebo ciemniało, a on świecił coraz jaśniej, jakby ktoś w tym fioletowym tle wyciął idealnie okrągły otwór, przez który wpada światło. I wciąż wędrował, niestrudzenie. Jakie to dziwne, uświadomić sobie, że nie tylko on się porusza, ale i my odwracamy się od niego, minuta za minutą.

Widzicie go?

Wieczorem zobaczyłam na niebie tę gwiezdną formację, której nazwy nigdy nie mogę zapamiętać – ten rozciągnięty, świetlisty latawiec. Widzę ją ostatnio często, śmieje się ze mnie. Nie śmieje się za to Wenus, tak jasna w tych dniach; Wenus dodaje mi otuchy. Ostatniego dnia stycznia podziwiałam ją w koniunkcji z księżycem, widziałam na ulicy ludzi, którzy nawet nie spojrzeli w niebo, tylko gdzieś pędzili, i miałam to uczucie, co mały Hrabal, gdy chodził za panem Rambouskiem, zapalającym wieczorem gazowe latarnie:
Nikomu jednak nie przyszło do głowy, aby zatrzymać się, aby nastawić rękę (…), nikt nie podziwiał blasku latarni gazowych i nikomu nie przyszło do głowy, aby iść w ślad za panem Rambouskiem. I ten brak zainteresowania to była rzecz najdziwniejsza podczas rozświetlania wieczorów.
A dziś znów wybrałam się na spacer nad rzekę. Dzień był mroźny, wiał zimny wiatr, brzegi Wisłoka były skute lodem. Środkiem rzeki dryfowały małe kry. Doszłam do tego miejsca, gdzie jesienią schodziłam nad wodę nakarmić kaczki, i tym razem też tam były – gdy tylko zobaczyły mnie, stojącą blisko brzegu, zaczęły się z nadzieją gramolić do mnie na górę. Zrobiło mi się przykro, bo nie miałam ze sobą nic do jedzenia. Obiecałam im, że wrócę po południu.

I wróciłam, o zachodzie słońca, ze słonecznikiem. Zeszłam kilka schodków w dół i rzuciłam garść ziarenek na oblodzony brzeg. I wtedy zobaczyłam najsłodszą rzecz na świecie – pływające dotychczas po rzece kaczuchy chciały się wdrapać na brzeg i zaczęły się ślizgać na lodzie, łapki im uciekały, ale parły do przodu, desperacko trzepocząc skrzydłami. Ślizgały się też potem, gdy już dreptały na brzegu, wydziobując nasionka słonecznika.

Uśmiechałam się, wracając do domu. Piękna, mroźna, hojna zima.

Cytaty:
[1] Bohumil Hrabal, László Szigeti, Drybling Hidegkutiego czyli rozmowy z Hrabalem, tłum. Aleksander Kaczorowski, wyd. Czuły Barbarzyńca Press, Warszawa 2011, s. 54. 
[2] Bohumil Hrabal, Taka piękna żałoba, tłum. Andrzej Czcibor-Piotrowski, wyd. Świat Literacki, Izabelin 1997, s. 90.
Fotografia główna: SP2Zsolt / pixabay.com