niedziela, 23 lipca 2017

Roztargnione czułości


Smutny dziś dla mnie dzień, więc pocieszam się znów obrazkami. Zebrało się ich trochę przez ostatnie tygodnie, korzystam więc z okazji, by rozbudować moją kolekcję dni słonecznych.

Warszawa. Siedzę przy stoliku, przede mną dziewczyna i chłopak, stoją i patrzą na tablicę z menu. Na wysokości wzroku mam ich splecione dłonie. Ona ma na ręce zegarek i bardzo ładną bransoletkę z serduszkiem. Jest szczupła, śliczna, a przy boku ma przystojnego chłopaka. Jedną ręką wciąż ściska jego dłoń, drugą zaczyna go gładzić po ramieniu, pewnie nawet nie do końca świadomie. A on pewnie nie do końca świadomie odczuwa przyjemność z tej trochę roztargnionej czułości. Jakby bez słów, na jakimś wyższym poziomie mówiła mu – i przy okazji wszystkim innym – „Jesteś mój”. Odwraca się, na chwilę nasz wzrok się spotyka, ale szybko wbijam swój w stolik; nie chcę, by z niego wyczytała, jak jej zazdroszczę.

Znów Warszawa. Starsza pani na ulicy, sprzedaje kwiaty. Siwe włosy, krzaczaste brwi, puste spojrzenie gdzieś przed siebie, jakby już niczego od życia nie oczekiwała, jakby nie spodziewała się, że ktokolwiek będzie chciał coś od niej kupić. Żałuję, że nie widuję ich na ulicach w moim mieście. Kupowałabym u nich, żeby tylko widzieć, jak się uśmiechają. Tylko czy jeszcze się uśmiechają?

Jeszcze raz Warszawa. Grupka Japończyków stoi na Patelni, trzymają kartki z napisem „Proszę wierzyć w Jezusa Chrystusa!”. Kiedy przechodzimy obok, jedna z nich, pani w średnim wieku, powtarza to samo na głos. Nie wiem, o co chodzi, ale odwzajemniam uśmiechy.

I jeszcze raz Warszawa, i jeszcze raz Japończycy. Turyści. Wchodzą do bazyliki w czasie mszy, rozglądają się. Rozlega się dzwonek na podniesienie. Jedna z nich, niepewnie, patrzy na ludzi i naśladuje ich – klęka. Druga, widząc to, też klęka i ciągnie swoich towarzyszy, klękają wszyscy. Rozczulają mnie.

W domu, po powrocie. Trochę senna, rozpakowuję się. Niedziela wieczorem, weekendowi imprezowicze już odpoczywają, na ulicy cisza. I nagle gdzieś w oddali za oknem słyszę okrzyk: „Ewka!”. Po chwili jeszcze raz, a potem, trochę rozpaczliwie: „Kocham cię!”. Uśmiecham się, ale zaraz robię się smutna. Zastanawiam się, czy Ewka chce być kochana.

Praga. Ogród Franciszkański, późnym popołudniem. Siedzę na ławce, jem smażony ser w bułce, przechodzący chłopak mówi mi: „Dobrou chuť”. Wydaje mi się, że wszyscy się do mnie uśmiechają, że świat jest dziś tak ładny i pełen słońca. Podchodzi starszy pan, zagaduje po polsku. Odpowiadam, oczywiście, też po polsku, jest zaskoczony, bo jaka była szansa, że też będę Polką? Rozmawiamy. Mówię, co tu robię, on mówi, że jest poetą i wspomina bohemistów, których zna. Mówi, że osobiście poznał Hrabala. Ale ma z tego spotkania złe wspomnienia. Jest z córeczką, która bardzo chce iść się pobawić, pozwala jej. Niedługo mała wraca z drugą dziewczynką, Czeszką, żegnają się, łapią się za rączki. Mówi, że się rozumiały. Teraz my się żegnamy, odchodzą, zostaję znów sama na ławce. Mijają mnie przechodnie, rodzice z dziećmi, jakaś mama porywa na ręce bosego brzdąca. Jedzą lody, słodka papka spływa po małych rączkach.

Autobus, wyjeżdżam z Krakowa. Wszystko jest złote, słońce stoi już nisko. Przejeżdżamy nad jakąś rzeczką, po której powoli sunie rodzina łabędzi – mama, tata i trzy małe łabędziątka. Mama z przodu, tata pilnuje tyłów. Znów uśmiech, i znów smutek.

Fot. walteresch / pixabay.com

czwartek, 15 czerwca 2017

Słonecznik w butelce po piwie

Numer sześć. Prądnicka.

Po każdym z miejsc, w których mieszkałam, została mi przynajmniej jedna miła rzecz, jakieś wspomnienie. Taki obrazek – jak zdjęcie, którym dokumentuje się jakiś okres w życiu.

Na miasteczku studenckim, w Babilonie – to były liście wirujące w powietrzu na wysokości tego ósmego piętra, błękitne niebo, niebieskie zmierzchy, światło zmieniające się z zielonego na czerwone na pustym przejściu w środku nocy i wieża Kościoła Mariackiego na horyzoncie. I poczucie miłego zadomowienia w te jesienne i zimowe weekendy, kiedy wracało się zmarzniętym po rundce po mieście i zapalało się światło, choć jeszcze nie było całkiem ciemno.

Dalej na miasteczku, ale w Kapitolu – zmierzch czerwony, kiedy wróciłam po rozmowie ze spotkaną na ulicy przyjaciółką, i ona powiedziała mi, że jej tata umiera. Ludzie w oknach w jamniku naprzeciw, i latarnia na rogu, która zapalała się, kiedy było jeszcze całkiem jasno.

Na Praskiej – te ciche i słoneczne popołudnia, kiedy siedziałam sama, czytałam Prousta, a słońce za oknem zanurzało się w Wiśle jak wielki, soczysty owoc. Na Fieldorfa-Nila – też słoneczne popołudnia, ale na balkonie, pod cieniutkimi jak bibułka jesiennymi liśćmi winorośli, ze spokojnymi rozmowami emerytów w ogródku na dole. Mali chłopcy grający w nogę na stadionie za oknem, i pewna sierpniowa noc, kiedy piłyśmy z siostrą piwo, też na balkonie, gwiazd było tak dużo i czułam się taka mała. Zagubiona. I Światłość w sierpniu, i rozstanie, i łzy.

Na Sabały – światło wpadające przez wszystkie cztery okna, czyjaś oświetlona kuchnia w domu obok i czerwone lampki świąteczne w zamkniętym sklepie po drugiej stronie ulicy. Na Prądnickiej – dorożki, które wracały wieczorem z rynku, i światła samochodów omiatające sufit, kiedy się leżało w łóżku, ale jeszcze nie spało.

Najwięcej wspomnień mam z Chrobrego. Popołudniowe słońce w kuchni, pomarańczowa kuleczka w oddali. Poranki, kiedy słońce świeciło tak nieznośnie, ale nie chciało się jeszcze wstawać z łóżka, i kisiło się pod kołdrą. Wspólne późne śniadania w sobotę, przy wysokim stole, na barowych stołkach. Szare wolne dni pod kocem, długie rozmowy i obserwowanie pociągów za oknem. Dziewczynka odbijająca piłkę na ulicy w pewną słoneczną niedzielę. Ryk autobusowego silnika na zakręcie, światła schodzących do lądowania na Balicach samolotów, ciepły wieczór i rozmowa dwóch chłopaków idących ulicą z czteropakiem Warki. Słonecznik na parapecie, w butelce po piwie.

Bywało pięknie, choć to nigdy nie był dom ani Dom. To były wynajęte mieszkania, w których zawsze brakowało mi miejsca na książki i wygodnego biurka, w oczekiwaniu na coś własnego.

Teraz mam dom. Coś własnego. Mam kwiaty na balkonie, regał na całą ścianę, dwa biurka i stół, przy którym piję kawę z pianką. Ale to nie jest Dom. Nie ma tu życia, tylko niespełnione marzenia po kątach. Coś poszło nie tak.

sobota, 11 lutego 2017

Księżycowe kaczki

Od kilku lat zima była dla mnie czasem, który przesypiałam jak niedźwiedź. Nie obserwowałam, nie notowałam, nie zwracałam uwagi na świat dokoła mnie, bo przecież w zimie nie ma dni słonecznych. Ale to nieprawda.

Tegoroczna zima jest piękna i hojna. Mocna, czysta, mroźna. A może jednak to prawda, że tutaj, w mieście mojego dzieciństwa, z dala od – ukochanego co prawda, ale jednak – krakowskiego gwaru, widzę więcej. Poza tym jest mi stale smutno, a smutek jakoś dziwnie pobudza wyobraźnię. Za panem Hrabalem:
Ja zawsze na to cierpiałem, na głęboką melancholię (…). Ten nastrój to coś niezmiernie płodnego, bo wprawdzie jest się samemu, ale to jest taka euforyczna samotność, można nawet powiedzieć, że jest to stan pożądany i często wywoływany sztucznie, za pomocą alkoholu – ten spleen, melancholia, ponieważ w tym stanie jest się najbliższym dostąpienia czegoś, co nazywa się objawieniem. Naraz coś się zaczyna dziać, objawia się panu jakaś myśl, której mógł się pan spodziewać, tylko będąc pogrążonym w melancholii. Coś, czego nie znajdzie pan w jakimś hopsasa, w radosnym nastroju. Znajdzie pan to w ciszy, w głębinach melancholii.
Tyle, że u mnie o „objawieniach” trudno mówić, to raczej objawionka. I takim objawionkiem był dla mnie wczoraj księżyc, który jeszcze za dnia, około czwartej, wyjrzał zza komina domu naprzeciw. Wypełzał powoli, a zarazem zaskakująco szybko, jak tłusty, różowy robak.

To było hipnotyczne, nie mogłam oderwać od niego wzroku. Zrobiłam kilka zdjęć, ale na zdjęciach wygląda już tylko jak maleńka kulka światła, jak nieistotny element tła, nie tak, jak powinien – jak wielki i różowy mistrz pierwszego planu. Niebo ciemniało, a on świecił coraz jaśniej, jakby ktoś w tym fioletowym tle wyciął idealnie okrągły otwór, przez który wpada światło. I wciąż wędrował, niestrudzenie. Jakie to dziwne, uświadomić sobie, że nie tylko on się porusza, ale i my odwracamy się od niego, minuta za minutą.

Widzicie go?

Wieczorem zobaczyłam na niebie tę gwiezdną formację, której nazwy nigdy nie mogę zapamiętać – ten rozciągnięty, świetlisty latawiec. Widzę ją ostatnio często, śmieje się ze mnie. Nie śmieje się za to Wenus, tak jasna w tych dniach; Wenus dodaje mi otuchy. Ostatniego dnia stycznia podziwiałam ją w koniunkcji z księżycem, widziałam na ulicy ludzi, którzy nawet nie spojrzeli w niebo, tylko gdzieś pędzili, i miałam to uczucie, co mały Hrabal, gdy chodził za panem Rambouskiem, zapalającym wieczorem gazowe latarnie:
Nikomu jednak nie przyszło do głowy, aby zatrzymać się, aby nastawić rękę (…), nikt nie podziwiał blasku latarni gazowych i nikomu nie przyszło do głowy, aby iść w ślad za panem Rambouskiem. I ten brak zainteresowania to była rzecz najdziwniejsza podczas rozświetlania wieczorów.
A dziś znów wybrałam się na spacer nad rzekę. Dzień był mroźny, wiał zimny wiatr, brzegi Wisłoka były skute lodem. Środkiem rzeki dryfowały małe kry. Doszłam do tego miejsca, gdzie jesienią schodziłam nad wodę nakarmić kaczki, i tym razem też tam były – gdy tylko zobaczyły mnie, stojącą blisko brzegu, zaczęły się z nadzieją gramolić do mnie na górę. Zrobiło mi się przykro, bo nie miałam ze sobą nic do jedzenia. Obiecałam im, że wrócę po południu.

I wróciłam, o zachodzie słońca, ze słonecznikiem. Zeszłam kilka schodków w dół i rzuciłam garść ziarenek na oblodzony brzeg. I wtedy zobaczyłam najsłodszą rzecz na świecie – pływające dotychczas po rzece kaczuchy chciały się wdrapać na brzeg i zaczęły się ślizgać na lodzie, łapki im uciekały, ale parły do przodu, desperacko trzepocząc skrzydłami. Ślizgały się też potem, gdy już dreptały na brzegu, wydziobując nasionka słonecznika.

Uśmiechałam się, wracając do domu. Piękna, mroźna, hojna zima.

Cytaty:
[1] Bohumil Hrabal, László Szigeti, Drybling Hidegkutiego czyli rozmowy z Hrabalem, tłum. Aleksander Kaczorowski, wyd. Czuły Barbarzyńca Press, Warszawa 2011, s. 54. 
[2] Bohumil Hrabal, Taka piękna żałoba, tłum. Andrzej Czcibor-Piotrowski, wyd. Świat Literacki, Izabelin 1997, s. 90.
Fotografia główna: SP2Zsolt / pixabay.com

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Odwaga do marzeń

Rzadko piszę o filmach, bo nie potrafię. A jeśli nawet już piszę, to raczej o tym, jak na mnie zadziałał, jakie emocje wywołał i co z niego wyniosłam dla siebie. Zwykle sporo w tym egzaltacji, dlatego tych notatek nie publikuję. La La Land ruszył mnie jednak tak mocno, że mam potrzebę podzielić się kilkoma refleksjami. A gdzie, jeśli nie tu?


Po wyjściu z kina świat podsunął mi stosowną dekorację. Lekko jeszcze oniemiała, wyszłam na ulicę o tej najpiękniejszej porze dnia zaraz przed zmierzchem, kiedy niebo robi się lekko fioletowe i zapalają się pierwsze światła w oknach – prawie jak w tej słynnej plakatowej scenie. Świeciły się już świąteczne dekoracje. Szłam, mijając ludzi, nie słuchając, o czym mówią moi towarzysze, pogrążona we własnym świecie.

Pomyślałam, że też jeszcze mogę próbować z marzeniami. Jakiś czas temu założyłam, że nic już z nich nie będzie i lepiej skupić się na czymś bardziej realistycznym, ale może niesłusznie. Otworzyłam znów oczy i uszy, zaczęłam zbierać obrazy i słowa, zaczęłam spisywać myśli, nawet te nieuporządkowane, te strzępki. Rozmowy przechodniów. Warszawa. Czerwony balonik w kształcie serca zaplątany w gałęzie na drzewie po drugiej stronie ulicy.

Tylko czy chcę tego naprawdę tak bardzo, i czy potrafię w to uwierzyć? W La La Landzie marzenia są najważniejsze – ważniejsze nawet niż miłość. Czy warto poświęcić inne istotne rzeczy i wskoczyć do tej lodowatej Sekwany? Ryzykując, że skończy się z niczym i straci się najlepszy w życiu czas, w którym można by było wieść swoje małe, szczęśliwe, spokojne życie? 

Fot. www.lalaland.movie

sobota, 7 stycznia 2017

Zbawienna rześkość zimy


W ten lodowaty, jasny, biało-błękitny dzień wyszłam na spacer. Miał być krótki, bo w trzaskającym mrozie długo spacerować nie sposób, ale wydłużyłam go trochę – poszłam nad rzekę, na otwartą przestrzeń, gdzie niebo takie wielkie i słońca więcej. 

Szłam, aż oczy zaczęły mnie boleć od tej jasności i skóra piekła od mrozu. Ale to był dobry ból, bo wydawało się, że to zimne słońce, światło i mróz wypalają ze mnie wszystkie złe myśli i zwątpienie. Zapomniałam o drzewie figowym Sylvii Plath, które straszy mnie w szare, wilgotne dni, rozrasta się w mojej głowie jak ponura pleśń w ciemności długich zimowych nocy, i nagle wszystko wydało się czyste i proste. 

Przez chwilę myśli miałam jasne jak ten biały krajobraz wokół mnie, przejrzyste jak mroźne styczniowe powietrze. Cieszyłam się, że mogę iść przed siebie, sama, cieszyć się słońcem, skrzypiącym pod stopami śniegiem, zimnem szczypiącym w policzki. Pomyślałam, że kiedyś będę mieć psa, i będę z nim spacerować wzdłuż rzeki. I będę szczęśliwa, choćby nie wiem co, bo choćby nie wiem jak źle wszystko się ułożyło – zawsze zostają takie małe chwile radości.
Zima, mocna zima u nas – to jest piękna rzecz. Jest w niej jakaś siła i powaga, a przede wszystkim szczerość (…). Jej rześkość udziela się ludziom.
Henryk Sienkiewicz

Cytat: H. Sienkiewicz, Bez dogmatu, Warszawa 1963, s. 41. 
Fotografia: hansbenn / pixabay.com