Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bohumil Hrabal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bohumil Hrabal. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 marca 2024

Pokusa pompatycznego smutku

Wieje wiatr, pachnie wiosną. Znów zakochana. Uczuciem niespełnionym i bolącym, trochę jak wrzód. Ale tak przecież lubię najbardziej.

Bo otwieram się w tym stanie jak wiosenny pączek – na literaturę, na obrazy, na świat. Znów chce mi się czytać poezję. Znów mówię cytatami. Znów widzę dzieci – dzieci idące ulicą, pewnie szukające śladów wiosny, wyciągające małe rączki do studentów machających im z okna. Znów literackie motywy splatają się ponad epokami: Faulerová – Semotamová – Kafka – Hrabal. Trauma, samotność, motyw wiecznej winy.

Fantazjuję o śmierci, bo to przynosi ulgę. Fantazjuję jak bohaterka Śmierteńki i filmu Sometimes I Think About Dying. Marzę o locie z piątego piętra. Myślę, jak byłoby pięknie, gdybym nie dożyła lata. Jak wiele by to rozwiązało. Tylko co byłoby z Pepinkiem? Co z tymi wszystkimi zwierzętami – starymi, chorymi, samotnymi – które jeszcze mogę i chcę uratować?

I tak oto, Cassiusie, odłożyłem samobójstwo na kiedy indziej, a może na zawsze, dzięki Pomarańczowi, który, choć chory, zatańczył mi najlepiej, jak umiał, był niedołężny, ale widziałem, że chce mi zrobić przyjemność, że mnie prosi, abym nie zamierzał wyprawiać się na drugi brzeg rzeki Lete bez Charona... (...) Bo gdyby was nie było, nie byłoby także mnie, bo nie mam innego powodu żyć...

 Bohumil Hrabal, Dobranocki dla Cassiusa, przeł. Andrzej Czcibor-Piotrowski, Izabelin 2004

Myślę, patrzę i zakochuję się ironicznie, z dystansem, jak jeszcze nigdy. Może to przychodzi z wiekiem. Widzę swoją pokusę pięknego i pompatycznego smutku i trudno mi się z tego nie śmiać.

To bardzo dziwne
ta myśl że mogę ciebie stracić
bo wszystko na świecie wciąż się zmienia
Mogę cię stracić
i znów będą poranki
pełne papierosów
i będzie w tym pokusa
pięknego i pompatycznego smutku
Mogę cię stracić
Václav Hrabě, Wiersz prawie na pożegnanie (Báseň skoro na rozloučenou) [w:] 27 wierszy, przeł. Wojciech Śmigielski, Kraków 2000 

Fot. MolnarSzabolcsErdely / pixabay.com

poniedziałek, 20 lutego 2023

Jesteś super

Wszystko jakoś łączy się ze sobą. Wszystko jest na swoim miejscu. 

Dziś rano na porannym spacerze minęła mnie ubrana barwnie dziewczyna z tablicą „Jesteś super”. Spuściłam wzrok, schowałam się w sobie, myślałam, że to jakiś happening, którego częścią nie chciałam być. Ale przechodząc obok mnie, po prostu powtórzyła do mnie na głos to, co miała na tablicy: „Jesteś super”.

„Jesteś super, jesteś super, jesteś super”, powtarzał kilkanaście godzin później na ekranie kina Brendan Fraser w roli monstrualnie otyłego Charliego w filmie Wieloryb Darrena Aronofsky'ego. Mówił do swojej filmowej córki, tak wściekłej na świat, że chciała sprawiać tylko, by i inni cierpieli – ale wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyniła dobro. 

Bo może zła rzeczywiście nie ma. Może jest tylko dobro, które gdzieś się pogubiło, do którego klucz zaginął lub wpadł pod lodówkę. Może możemy sobie pozwolić, by uwierzyć w tę szaloną, szaloną myśl – że z natury jesteśmy dobrzy.

Cały Wieloryb jest o docieraniu do tego sedna. O zrzucaniu z siebie ludzkich oczekiwań, przyziemnych problemów, brudu, ciała, tego wszystkiego, za czym chowamy się prawdziwi my, z całym naszym bólem. Dlatego po dwóch godzinach w ciemnym, zatęchłym wnętrzu mieszkania Charliego w ostatniej scenie pojawia się oślepiająco biały ekran. Wiem, że to po to, żebym zobaczyła samą siebie nagle w jasnej sali, zapłakaną, zawstydzoną tych emocji – ale te emocje to ja. „Ten esej to ty” – powtarza córce Charlie, i jej tamy też w końcu puszczają.

„Rodzimy się pośród kału i moczu”, jak pisał św. Augustyn, a jednak jesteśmy wspaniali i jesteśmy tu – pisał pan Hrabal w swoim najwspanialej dzikim, najbardziej nieposkromionym i prawdziwym tekście, w tekście-tajfunie, w tekście-wulkanie, Wademekum bawidulskiego praktykanta

Jesteśmy super. Wszystko jest na swoim miejscu.

Fot. Monolith / materiały promocyjne

piątek, 10 lutego 2023

I love you more than I can say

Wczoraj w Krakowie przeżyłam znów jeden z tych pięknych momentów, gdy nagle wszystko staje się tak bardzo literackie.

Mroźny poranek. Jestem w Lajkoniku, właśnie zjadłam śniadanie. Dopijam kawę, mam sprawy do załatwienia, ale nie chce mi się jeszcze stamtąd ruszać. Więc siedzę przed tą przeszkloną ścianą i patrzę na zalaną słońcem ulicę. Na ludzi, na zwierzęta.

I nagle pojawia się starsza pani, trzymająca w ręce wysłużoną torbę na zakupy – a na torbie napis „I love you more than I can say”. Uśmiecham się. 

Zaraz po niej pan z trzema pieskami: dwa żwawo kroczą przed nim, ale trzeci ledwo nadąża, smycz go ciągnie, dzielnie więc człapie przed siebie. Tego trzeciego kocham najbardziej. Kocham go tak bardzo, jak moje pokiereszowane serce kochać może, kocham more than I can say. 

Jakiś pan niesie na ramieniu wielkie płótno, pewnie idzie z nim na pobliskie ASP. I jeszcze para staruszków, kruchych jak porcelana, ostrożnie stawiają kroki, pan podpiera panią. A potem sprężysta młoda para trzymająca się za ręce. Starsza, elegancka pani, a kilka kroków za nią piękna młoda dziewczyna w zieleniach, jak podróż w czasie. Ludzie na Basztowej są tacy barwni, tacy wspaniali. 

Tak lubię to miasto. Ale czy lubiłabym je tak samo, gdybym znów w nim zamieszkała, utknęła na jednym z osiedli gdzieś daleko, w cudzym mieszkaniu, wśród cudzych sprzętów? Gdyby każdy przyjazd przestał być przygodą? Tymczasem za trzy tygodnie jadę znów, będę spała na łodzi, w hostelu na Wiśle. Siedzę, patrzę, nie chce mi się iść.

Tylko że ja wiedziałem jednocześnie, że stryjaszek Pepi żyje z dnia na dzień, i to w moich oczach było piękne, wiedziałem że stryjaszek Pepi przez cały dzień haruje przemoczony w warzelni, ale wciąż jest zachwycony tym, że żyje na świecie, że ma w sobie jakąś wielką radość, która przypomina szaleństwo (...). Tymczasem (...) ojciec bał się teraźniejszości, nieustannie drżał na myśl o tym, co było, ciągle miał tylko nadzieję, że wszystko w przyszłości zmieni się na lepsze, ta przyszłość to było jego marzenie, tam dopiero wszystko okaże się piękne.

Bohumil Hrabal, Taka piękna żałoba, przeł. Andrzej Czcibor-Piotrowski, Izabelin 1997. 

sobota, 17 grudnia 2022

Niebezpiecznie narastające piękno

Ten świat jest piękny do obłędu... Krążę wokół tego cytatu ostatnio bardziej niż zwykle. Bo powoli zaczynam rozumieć, dlaczego ze mną – jak to się ładnie mówi – rezonuje.

Ten zachwyt to zaburzenie. I, tak, na swój sposób graniczy z obłędem. Lubię te stany euforii. Lubię, gdy otwierają mi się w głowie skojarzenia, gdy pączkują teorie, gdy rodzą się piękne zdania. Lubię czuć się jak supermenka, planować projekty i podróże. Lubię kochać cały świat i swoje życie. Ale czasem to jest już zbyt silne, jakby drobny impuls mógł sprawić, że się rozpadnę, zacznę wrzeszczeć, płakać, wpadnę w histerię. A nawet jeśli nie, to po euforii przychodzi często otępienie i dół. Ciemna studnia, tym głębsza, im wyższy był mój euforyczny lot.

Próbuję leków, by to wyciszyć.

A przy tym, jak ostatnio ze zdumieniem odkryłam, rozmawiając na ten temat z czeskim znajomym, w oryginalnej wersji tego cytatu nie ma ani słowa o obłędzie. „Jak je ten svět pořád hezčí a hezčí. Ne že by byl, ale já ho pořád tak vidím” – pisze pan Hrabal, czyli dosłownie po prostu: „Ten świat jest coraz piękniejszy”. 

To jednak, jak sądzę, jedna z tych rzadkich chwil, gdy tłumacz uchwycił sens słów autora lepiej niż on sam. Bo przecież obłęd należy do tego stanu. Ale może to niebezpiecznie narastające piękno – to właśnie subtelniejszy sposób, by ten obłęd wyrazić?

Euforia świętych szaleńców.

Fot. crsan / IWoman /CC BY

czwartek, 6 października 2022

Czarna dziura

„O, jaki ładny piesek... A pani jeszcze ładniejsza” – powiedział pijaczek pod dworcem i świat na chwilę ściągnął nogę z gardła. Chwytam się tych drobnych dobrych rzeczy prawie histerycznie, w euforię wprawia mnie słońce o poranku i nadzieja, że może dziś wreszcie będzie jeden z tych dni pełnych słonecznego spokoju, kiedy można iść przed siebie, szurając w jesiennych liściach, choć przez chwilę niczym się nie martwiąc i niczego nie przeżywając. 

Ale tak strasznie ich mało, a zamiast tego gdzieś w ciemność ściągają mnie demony przeszłości, problemy zależnościowe, żal i furia przychodzące na zmianę, uczelniania biurokracja i nieprzyjemny uśmieszek pani w sekretariacie, konieczność prowadzenia zajęć (koszmar introwertyka) i widocznie trzęsące się dłonie przy rozdawaniu materiałów, przymusowe wyjazdy, ciężkie torby, opóźnione pociągi, ciążące mi terminy na oddanie tekstów, coraz krótszy dzień i szare, szare, ciemne niebo. Tata mówi: miotasz się, znów wpadniesz w jakąś chorobę, a ja mówię: muszę tylko przetrwać te dwa miesiące.

Ale ma rację, że to są przecież dwa najgorsze miesiące w roku. Mój histeryczny październik i czarny, ciężki, nieubłagany listopad, który zawsze tak okrutnie się dłuży. Jest piesek, jak promyk słońca w tym wszystkim, i poranne przytulanki. Ale on też mnie teraz boli, bo stresuję go pociągami i wciąż nowymi, obcymi miejscami, bo niedługo co tydzień będzie musiał zostawać na wiele godzin sam, a na spacer zabierać go będzie obca pani. Bo co rusz musi patrzeć, jak zanoszę się płaczem. I ten drugi piesek, kiedyś najbliższy, wciąż pamiętający, rozmerdany, a potem wbijający we mnie wzrok ze zdziwieniem i wyrzutem, kiedy odchodzę. Da się to wszystko znieść?

„Czasem wydaje mi się, że bez sztucznego podtrzymywania nastroju nie przetrwam tego roku” – pisałam tu, w Pięknej Rupieciarni, prawie dokładnie dziesięć lat temu. Czemu nic się nie zmienia? Czy też mam w sobie tę czarną dziurę, którą moi najulubieńsi, Hrabal i Bukowski, zalewali alkoholem, zasypywali słowami? Też zalewam, winem i herbatą z miodem, zasypuję słowami, zapachowymi świecami, lampkami rozwieszanymi gdzie się da, pięknymi pierdółkami w kwiatowy deseń i rodzynkami w czekoladzie, ale wciąż jest źle.

I tak oto, Cassiusie, odłożyłem samobójstwo na kiedy indziej, a może na zawsze, dzięki Pomarańczowi, który, choć chory, zatańczył mi najlepiej, jak umiał, był niedołężny, ale widziałem, że chce mi zrobić przyjemność, że mnie prosi, abym nie zamierzał wyprawiać się na drugi brzeg rzeki Lete bez Charona... (...) Bo gdyby was nie było, nie byłoby także mnie, bo nie mam innego powodu żyć...

B. Hrabal, Dobranocki dla Cassiusa, przeł. Andrzej Czcibor-Piotrowski, wyd. Świat Literacki, Izabelin 2004.

Fot. Victoria_rt / pixabay.com

czwartek, 20 sierpnia 2020

Gdzie się podziało słońce?


Starszy pan, ubrany w krótkie spodenki, czerwone skarpetki z wzorkiem, z pstrokatą maseczką na twarzy, cały jakiś pstrokaty, barwny, uroczy. Wszedł do kawiarni, gdy siedziałam tam i czytałam, a na jego widok pani za ladą natychmiast się rozpromieniła. Wiedziała, po co przyszedł, musiał być stałym klientem. Minęłam go jeszcze później na ulicy, stał, trzymając pozłacanego balona wypełnionego helem. Człowiek-zjawisko. Jeden z tych, dzięki którym na świecie nadal świeci słońce. 

Dlaczego tak rzadko ich ostatnio zauważam? Czy to świat się zmienił, czy ja? Byłam kiedyś oczami, nie robiłam nic, tylko chłonęłam obrazy, cała skierowana na zewnątrz, a teraz jakbym się zatrzasnęła gdzieś w środku siebie i nie mogła wyjść. Brakuje mi przestrzeni, brakuje mi nieba za oknem i szumu drzew, dziś to boleśnie poczułam. Ale przede wszystkim – jakiejś słoneczności w sobie i zachwytu, który kiedyś był. Jeśli tak się dorasta, niech to ktoś zatrzyma. 
A więc słuchaj dzieweczko na początku wszystkiego jest PODZIW i jak zaczniesz czemuś się dziwić tak że aż wpadniesz w osłupienie to tak jakoś staniesz się przeraźliwie bierna ale to nic to jest tylko pokora lecz pokora pełna błyskotliwego oczekiwania to taki stan przed zwiastowaniem i mieć będziesz otwarte oczy oraz otwartą duszę i nagle ta twoja bierność stanie się swoim przeciwieństwem i ty to wszystko nie tylko zechcesz ale będziesz musiała zanotować a pisarzem jest ten kto zaczyna opisywać to co zobaczył to co mu zaświtało i nie jest to nic innego jak tylko ogromna radość z czegoś że coś jest poza tobą...

 Bohumil Hrabal, Wesela w domu, przeł. Piotr Godlewski

Brakuje mi tego.

Fot. tkirkgoz / pixabay.com

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Dobrze, że jesteś


Dziś taki dzień, gdy podobno każdy powinien mieć przy sobie kogoś bliskiego. Jesteśmy więc blisko. Mentalnie tulimy się do siebie jak te szczenięta, którym zdechła suka [1]. Mówimy sobie „Dobrze, że jesteś”. Boimy się tego, co będzie. Nie wiemy, ile jeszcze przytuleń i dotyków nam zostało, bardziej więc niż kiedykolwiek tęsknimy. Za skórą, ustami, językiem. Bo przecież nigdy, nigdy, nigdy nie wiadomo. Prawda?

Bo Zło, co się niczego nie wstydzi, niczego nie rozumie i idzie naprzód z podniesioną głową. Co „maszeruje przez świat krokiem defiladowym” [2]. Więc musimy ratować się Dobrem. Bliskością. Czułością. Uśmiechem, dotykiem, pieszczotą. Tym „Dobrze, że jesteś”. Bo jak inaczej?

[1] jak śpiewała Maria Peszek w Ćmach
[2] jak pisał pan Hrabal w Weselach w domu

niedziela, 29 lipca 2018

Prędkość, uśmiech, powietrze!

– Ben – powiedziała matka. – Nie powinieneś palić. Wykończysz się.
– I tak nieźle sobie pożyłem.
– Co to za życie? – powiedział ojciec. – Nic tylko kłamstwa, chlanie, wyłudzanie, kurwy i picie. Nie przepracowałeś ani jednego dnia! A teraz umierasz, chociaż masz dopiero dwadzieścia cztery lata!
– Ja tam nie żałuję – rzekł stryj. Głęboko się zaciągnął camelem i wypuścił dym.
– Chodźmy stąd – powiedział ojciec. – Ten facet zwariował! [1]
W jednej chwili wszystko się zmieniło. Zrozumiałam, że to nie jest życie „nie dla mnie”. Czytałam o takich ludziach, uwielbiałam ich, podziwiałam ich, chciałam być jak oni, ale mówiłam sobie, że nie mam odwagi, że muszę zostać przy swojej szarej codzienności. Ale to przecież nieprawda. Mogę być wujkiem Benem, który popala papieroski na łożu śmierci i niczego nie żałuje, mogę być ciotką Mii z La La Landu, która wskakuje boso do Sekwany, mogę być stryjem Pepinem, który żyje z dnia na dzień i „ma w sobie jakąś wielką radość, która przypomina szaleństwo” [2]. Mogę wyjechać, mogę podróżować, wsiąść w samolot gdziekolwiek, mogę być kotem, panterą i lwicą, mogę wszystko! 

Czego wcześniej tak się bałam? Czemu chciałam pochować się żywcem? U progu trzydziestki czuję się znowu jak osiemnastka, jak gdybym urodziła się raz jeszcze. Coś się wydarzyło, wyczekane, wymodlone. Prędkość, uśmiech, słowa, których nigdy bym się nie spodziewała, i z którymi czuję się, jakby piękny motyl przycupnął mi na ramieniu, a teraz boję się poruszyć, żeby nie uciekł, więc stąpam na paluszkach, mówię szeptem, ostrożnie.

Nie wiem, co będzie, ale rzeczywiście tak jest chyba lepiej, nie planować, poczekać i zobaczyć, co się wydarzy. Więc czekam.

Cytaty:
[1] Charles Bukowski, Z szynką raz!, przeł. Michał Kłobukowski, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2015.
[2] Bohumil Hrabal, Taka piękna żałoba, przeł. Andrzej Czcibor-Piotrowski, wyd. Świat Literacki, Izabelin 1997.

sobota, 11 lutego 2017

Księżycowe kaczki

Od kilku lat zima była dla mnie czasem, który przesypiałam jak niedźwiedź. Nie obserwowałam, nie notowałam, nie zwracałam uwagi na świat dokoła mnie, bo przecież w zimie nie ma dni słonecznych. Ale to nieprawda.

Tegoroczna zima jest piękna i hojna. Mocna, czysta, mroźna. A może jednak to prawda, że tutaj, w mieście mojego dzieciństwa, z dala od – ukochanego co prawda, ale jednak – krakowskiego gwaru, widzę więcej. Poza tym jest mi stale smutno, a smutek jakoś dziwnie pobudza wyobraźnię. Za panem Hrabalem:
Ja zawsze na to cierpiałem, na głęboką melancholię (…). Ten nastrój to coś niezmiernie płodnego, bo wprawdzie jest się samemu, ale to jest taka euforyczna samotność, można nawet powiedzieć, że jest to stan pożądany i często wywoływany sztucznie, za pomocą alkoholu – ten spleen, melancholia, ponieważ w tym stanie jest się najbliższym dostąpienia czegoś, co nazywa się objawieniem. Naraz coś się zaczyna dziać, objawia się panu jakaś myśl, której mógł się pan spodziewać, tylko będąc pogrążonym w melancholii. Coś, czego nie znajdzie pan w jakimś hopsasa, w radosnym nastroju. Znajdzie pan to w ciszy, w głębinach melancholii.
Tyle, że u mnie o „objawieniach” trudno mówić, to raczej objawionka. I takim objawionkiem był dla mnie wczoraj księżyc, który jeszcze za dnia, około czwartej, wyjrzał zza komina domu naprzeciw. Wypełzał powoli, a zarazem zaskakująco szybko, jak tłusty, różowy robak.

To było hipnotyczne, nie mogłam oderwać od niego wzroku. Zrobiłam kilka zdjęć, ale na zdjęciach wygląda już tylko jak maleńka kulka światła, jak nieistotny element tła, nie tak, jak powinien – jak wielki i różowy mistrz pierwszego planu. Niebo ciemniało, a on świecił coraz jaśniej, jakby ktoś w tym fioletowym tle wyciął idealnie okrągły otwór, przez który wpada światło. I wciąż wędrował, niestrudzenie. Jakie to dziwne, uświadomić sobie, że nie tylko on się porusza, ale i my odwracamy się od niego, minuta za minutą.

Widzicie go?

Wieczorem zobaczyłam na niebie tę gwiezdną formację, której nazwy nigdy nie mogę zapamiętać – ten rozciągnięty, świetlisty latawiec. Widzę ją ostatnio często, śmieje się ze mnie. Nie śmieje się za to Wenus, tak jasna w tych dniach; Wenus dodaje mi otuchy. Ostatniego dnia stycznia podziwiałam ją w koniunkcji z księżycem, widziałam na ulicy ludzi, którzy nawet nie spojrzeli w niebo, tylko gdzieś pędzili, i miałam to uczucie, co mały Hrabal, gdy chodził za panem Rambouskiem, zapalającym wieczorem gazowe latarnie:
Nikomu jednak nie przyszło do głowy, aby zatrzymać się, aby nastawić rękę (…), nikt nie podziwiał blasku latarni gazowych i nikomu nie przyszło do głowy, aby iść w ślad za panem Rambouskiem. I ten brak zainteresowania to była rzecz najdziwniejsza podczas rozświetlania wieczorów.
A dziś znów wybrałam się na spacer nad rzekę. Dzień był mroźny, wiał zimny wiatr, brzegi Wisłoka były skute lodem. Środkiem rzeki dryfowały małe kry. Doszłam do tego miejsca, gdzie jesienią schodziłam nad wodę nakarmić kaczki, i tym razem też tam były – gdy tylko zobaczyły mnie, stojącą blisko brzegu, zaczęły się z nadzieją gramolić do mnie na górę. Zrobiło mi się przykro, bo nie miałam ze sobą nic do jedzenia. Obiecałam im, że wrócę po południu.

I wróciłam, o zachodzie słońca, ze słonecznikiem. Zeszłam kilka schodków w dół i rzuciłam garść ziarenek na oblodzony brzeg. I wtedy zobaczyłam najsłodszą rzecz na świecie – pływające dotychczas po rzece kaczuchy chciały się wdrapać na brzeg i zaczęły się ślizgać na lodzie, łapki im uciekały, ale parły do przodu, desperacko trzepocząc skrzydłami. Ślizgały się też potem, gdy już dreptały na brzegu, wydziobując nasionka słonecznika.

Uśmiechałam się, wracając do domu. Piękna, mroźna, hojna zima.

Cytaty:
[1] Bohumil Hrabal, László Szigeti, Drybling Hidegkutiego czyli rozmowy z Hrabalem, tłum. Aleksander Kaczorowski, wyd. Czuły Barbarzyńca Press, Warszawa 2011, s. 54. 
[2] Bohumil Hrabal, Taka piękna żałoba, tłum. Andrzej Czcibor-Piotrowski, wyd. Świat Literacki, Izabelin 1997, s. 90.
Fotografia główna: SP2Zsolt / pixabay.com

sobota, 25 maja 2013

Zdzieranie skóry tapet, wyłamywanie kości podłogi


Z mieszaniną smutku i zachwytu patrzę na stare wnętrza, które na siłę zmienia się i przywraca życiu. Chylące się ku ziemi domy, szare od kurzu meble, pachnące naftaliną i stęchlizną mieszkania z pająkowatymi żyrandolami i skrzypiącymi parkietami. W każdej nie otwieranej od lat szafie i nie używanym od wieków piecu kaflowym mieszkają duchy. 

Potem ktoś przychodzi i wypędza je stamtąd, wymiata wraz z pyłem i trupkami owadów, ich mieszkania przerabia na stertę desek, a woń stęchlizny zastępuje gryzącym zapachem farby i lakieru do drewna. Zdziera delikatną skórę tapet, wyłamuje drewniane kości podłogi. Wkrótce wszystko tchnie nowością, można rozejrzeć się z zadowoleniem i zaprezentować odświeżone miejsce nowym lokatorom, i tylko gdzieś głęboko w kątach, pod nienaruszonymi listwami, w szparach między klepkami parkietu, w mikroskopijnych spękaniach ścian czają się resztki aromatu dawnych lat.

Czysta poezja!
To Vladimír nauczył mnie nie żałować wszystkiego, co właśnie znika, co przemija, wręcz przeciwnie, najchętniej ciągnął mnie właśnie tam, gdzie buldożery kruszyły stare ściany małych domków i wielkich kamienic (...). Jestem szczęśliwy, że przy tym jestem, że to widzę, że mogę stanąć w samym sercu tego pobojowiska, o które nikt nie dba, i czerpać perwersyjną rozkosz z tej chwili słodkiej apokalipsy.
B. Hrabal, Moja Libeń [w:] tegoż, Piękna rupieciarnia, wyd. Czarne, Wołowiec 2006.

Fot. rkirbycom (rgbstock.com)

sobota, 9 marca 2013

Gorycz Szczęścia wiśni

Melancholia jest tam, gdzie Piękno – które ginie;
    Gdzie Radość – która wiecznie znak od ust przesyła
Pożegnalny; gdzie Rozkosz – tak bliska Ruinie –
    Trucizną czyni nektar, nim pszczoła go spiła
O, tak: nawet i w samej Wesela świątyni
    Melancholia ma własny ołtarz za zasłoną:
       Ujrzy go ten, kto umie rozgnieść Szczęścia wiśnię
    O podniebienie mocą języka sprężoną –
Ten pozna smak potęgi posępnej bogini
    I duszą wśród jej chmurnych trofeów zawiśnie.
J. Keats, Oda o melancholii (przeł. S. Barańczak)

Myśl stara jak świat. Musiał inspirować się nią Proust, poszukując straconego czasu. I musiał inspirować się nią mistrz Hrabal, wracając wspomnieniami do browaru w Nymburku, do miasteczka, w którym czas się zatrzymał. Biegnąc nad rzekę, by się wypłakać.

Ja też wracam, też wspominam, zgodnie ze słowami Keatsa najpiękniej widzę to, co przeminęło lub już naznaczone zostało piętnem przemijania. Kiedy zamykam oczy i wyobrażam sobie Niebo, wcale nie widzę wielkiej biblioteki, jak czasem zdarzało mi się deklarować, ale zielony skrawek ziemi, na którym spędzałam latem mnóstwo czasu jako dziecko. Dojrzały sierpień, wczesne popołudnie, złociste słońce leje się strumieniami z nieba, po którym mknie mały samolot. Patrzę na niego, mrużąc oczy, i krzyczę swym piskliwym głosikiem: „Panie pilocie, dziura w samolocie!”. W namiocie dziadziu podwiązuje pomidory. Babcia plewi grządki gdzieś za domkiem. Na lekkim wietrze kołyszą się puchate kule astrów.

Dzisiaj już tego nie ma. Miejsce jest, ale domek prawie się rozpadł, wszystko zarosło chwastami, a po dziadziu została kurtka, w której zamieszkały pająki. Dlatego cofam się o piętnaście lat wstecz, do czasów gdy wszyscy siedzieliśmy w cieniu aronii i popijaliśmy napar z własnoręcznie wyhodowanej mięty.

Wtedy jeszcze nie miałam świadomości przemijania, radośnie oszczędzonej dzieciom. Za to rozgniatając dzisiejsze wiśnie Szczęścia czuję tę goryczkę. Każdą dobrą chwilę chwytam kurczowo, ale i tak się wymyka, jak motyl z niezdarnej klatki rąk roztrzęsionej staruszki. Ale Keats ma rację. To jest właśnie Piękno. Tylko tak może istnieć, kwitnąc na gruzach czasu.
Pytasz, co w moim życiu z wszystkich rzeczy główną,
Powiem ci: śmierć i miłość – obydwie zarówno.
Jednej oczu się czarnych, drugiej – modrych boję.
Te dwie są me miłości i dwie śmierci moje.
 J. Lechoń, Pytasz, co w moim życiu z wszystkich rzeczy główną...

Fot. Milanlj (stockfreeimages.com)

piątek, 14 grudnia 2012

Cisza jak ciepły szlafrok

O Rzeszowie piszę często i gęsto, bo kocham to miasto, ostatnio jednak każdej mojej myśli o nim towarzyszy smutek. W samym jego sercu znajduje się małe mieszkanko, wokół którego całe to piękno się krystalizowało. Były rozkoszne zaułki, którymi się przechadzałam, główny deptak 3-go Maja ze starym kinem Zorza i tym sklepikiem ze słodyczami, w którym zawsze tak oszałamiająco pachniało czekoladą, było wybrzeże Wisłoka, były aleje pod Kasztanami i zamek, i parki i place zabaw, ale wszystko to tylko po to, żeby wrócić do tego jednego miejsca, rozłożyć się tam wprost na dywanie, napić się kawy i zagryźć słonymi paluszkami. Wyjść na balkon, na którym często wśród puchatych, czerwonych kul pelargonii pojawiała się biała jak mleko główka mojej kochanej babci, i ogarnąć wszystkie te cuda, zobaczyć wieżę zamkową dźgającą niebo za drzewami, poobserwować chuderlawych chłopców w czerwonych spodenkach i staruszki powoli zmierzające na wieczorną mszę. Posłuchać zamierającego ruchu na ulicy niemal pod stopami i zajadłego szczekania psa gdzieś w oddali. 

Miejsce to wkrótce umrze, a właściwie już umarło, razem z jego jedyną i ostatnią mieszkanką. Jeszcze wszystko jest w nim jak było i w trakcie dnia łapię się często na wyobrażaniu sobie go, właśnie w tym momencie. Widzę jak ludzie przemykają po ulicy poniżej, jak stukają obcasy na chodniku, jak zmierzch powoli zapada, już zamontowali na latarniach świąteczne dekoracje, a tam jest ciemno i pusto, mole zżerają bezkarnie już spoczywające tłumnie w szafach ubrania pamiętające jeszcze poprzedni ustrój, piętro wyżej gra telewizor, szybko i napastliwie tyka mały zegarek, i wszystko pokrywa się kurzem – te dwa obrazy, których sobie zażyczyłam w swoim własnym domu jako relikt mojego cudownego dzieciństwa, zegar który bił co pół godziny i przez który moja siostra nie mogła spać, kiedy tam nocowałyśmy, rozklekotany fotel w którym lubił przesiadywać mój dziadziu, rozklekotana kanapa na której lubiła przesiadywać moja babcia, i wisząca w przedpokoju pozytywka, co do której zawsze przekonana byłam, że to lampion, tymczasem dopiero niedawno uświadomiono mi, że to po prostu flaszka na alkohol. Od święta się ją nakręcało i grała tak pięknie, metalicznie, coraz wolniej, coraz wolniej, aż w końcu milkła i cisza po tym wydawała się aż brzęczeć. 

To tam, właśnie w tym mieszkanku doświadczyłam ciszy idealnej. Była to cisza zimowych popołudni takich jak dzisiejsze, gasnących powoli. Żadnego monotonnego buczenia komputera, bo oczywiście babcia nigdy go nie używała, żadnej zbędnej gadaniny, tylko ta cicha symfonia w tle – stłumiony przez okna warkot silnika na ulicy raz na jakiś czas, stukające obcasy, głosy dzieci, ten uparty pies którego szczekanie było stałym motywem mojego dzieciństwa, telewizor lub radio za ścianą, skrzyp starych drewnianych parkietów, tykanie zegara – leniwe, ten w salonie nie był pospieszny i napastliwy, raczej odmierzał minuty z pogodną rezygnacją starego człowieka. Cisza tak kojąca i ciepła jak puszysty szlafrok, którym babcia mnie przykrywała, kiedy przysypiałam na leżaczku lub wprost na dywanie.

Myślę, że im dłużej idzie człowiek przez życie, tym bardziej odczuwa potrzebę powrotu do swojego dzieciństwa, tym większe odczuwa pragnienie powrotu w głąb wyobraźni chłopca, do jego postaci, by urzeczywistnić to, o czym jako dziecko myślał, o czym marzył. (...) Ten chłopiec we mnie jest nie tylko moim domowym korepetytorem, nie tylko światłem w gęstniejącym zmierzchu, lecz także miarą wszystkich owych rzeczy, których nie dotyczy ani umieranie, ani śmierć.
Bohumil Hrabal, Taka piękna żałoba

Ilustracja: www.sxc.hu

poniedziałek, 3 września 2012

Proustowskie wrześniowe słońce

Dziś będzie bez cytatu, bo żadna myśl z literatury zaczerpnięta mnie nie zainspirowała, żadna też nie wpisała się w ten nastrój, w który wpadłam, choć zwykle któraś z nich w chwilach wzruszenia nieśmiało wysuwała się na pierwszy plan, pięknie ilustrując to co się ze mną dzieje.

Dziś - po prostu kilka słów o słońcu wrześniowym. Faulkner pisał o światłości sierpniowej, że jest w niej coś niezwykłego, i miał świętą rację, ale ja dostrzegam też niezwykłe właściwości światłości wrześniowej. Ledwie czas przekroczył próg tego miesiąca, a już światło jest inne. Przyćmione, odległe, mgliste, mocno melancholijne, pachnące dymem, który to zapach, co powtarzam za hemingwayowskim Robertem Jordanem, jest zapachem tęsknoty. I tęsknię, bo tak bardzo przypomina mi to zeszłoroczny wrzesień, tak bardzo! Jak gdybym przeniosła się do niego jakimś magicznym sposobem, tylko że przecież wszystko jest już inaczej, prócz tego, że mieszkam w tym samym miejscu i widok z okna jest ten sam, i znów, tak jak wtedy, widzę pląsających na boisku małych uczniów szkółki piłkarskiej i słyszę leniwe rozmowy sąsiadów z ogródka pod blokiem. I pewnie liście winorośli na balkonie już powoli żółkną, stają się wątłe i suche jak kartki papieru, prawie przezroczyste, tak że słońce rozświetla je niczym małe lampiony, pewnie tak jest, tyle że tamten pokój już nie jest mój, i nie mogę przesiadywać na balkonie kiedy mi się podoba, jeszcze tam nie zaglądałam tego września.

Czemu tęsknię? Przecież było mi wtedy smutno, bardzo smutno, bo coś we mnie właśnie umarło, a myślałam że będzie żyło latami. Ale tęsknię właśnie dlatego. Bo jestem masochistką, smakoszem melancholii, uwielbiam się pławić w swoim smutku, i tylko wtedy jestem naprawdę płodna. To tak jak u Hrabala, więc jednak jakiś cytat domaga się uwagi, ale niestety nie mam przy sobie egzemplarza książki z której pochodzi, właśnie dlatego tak bardzo bym chciała mieć już jakieś swoje miejsce, w które zwiozłabym wszystkie książki, połączyła wreszcie swój rozproszony księgozbiór, którego to pragnienia zupełnie nie rozumie mój tata... Hrabal o tym pisał, że potrzebne są te chwile melancholii, bo kryją one bogactwo którego nie można znaleźć w radosnym hopsasa. I uciekam od radosnego hopsasa, tęsknię do słodko-gorzkich chwil kiedy świat mi się rozpadał i nie wiedziałam, co będzie. Ubóstwiam te chwile, popołudnia u schyłku lata na balkonie z książką, pod lampionami liści, kiedy tylko przymglone wrześniowe słońce dawało mi poczucie sensu, i radosne ćwierkanie małych piłkarzy, i leniwe rozmowy emerytów. To moje proustowskie magdalenki, przenoszą mnie w tempie ekspresowym do przeszłości, choć wszystko już jest inaczej.

Teraz schowało się już za budynkiem naprzeciw. Została pusta scena popielatego nieba. Umarło, odeszło, zniknęło, wykruszyło się jak liście winorośli.


czwartek, 12 kwietnia 2012

Przekleństwa niestałości

- Jam nieszczęśliwa? – rzekła Anna, zbliżając się do niego i z uśmiechem, w którym malował się zachwyt i nieograniczona miłość, patrząc na niego. – Ja jestem jak człowiek głodny, któremu jeść dano. Być może, że mu jest zimno, że łachmany okrywają go, może nawet i wstydzi się ich, lecz nieszczęśliwy nie jest. Jam nieszczęśliwa? Nieprawda, oto moje szczęście...
L. Tołstoj, Anna Karenina, wyd. Zielona Sowa, Kraków 2005.

Wiosna nieśmiało bierze świat w swoje posiadanie, a ja czytam znów wielkie dzieło Tołstoja. I tak, jak przy niedawnej powtórce Madame Bovary, widzę wszystko zupełnie inaczej. I za pierwszym razem daleka byłam od osądzania Anny – nietrudno uwierzyć w jej uczciwość i współczuć jej – ale dziś wręcz uścisnęłabym ją serdecznie. Co robić, kiedy kochanie okazuje się rujnującą życie bestią, nie samym szczęściem i radością, bynajmniej! W gruncie rzeczy należy się go bać, bo jest jak fala powodziowa która przychodzi znienacka i zabiera ze sobą wszystko, i o wszystkim każe zapomnieć.

Za to jak dobrze byłoby mieć prostotę i pewność Lewina! Wiosną cieszę się wraz z nim.
Rankiem, gdy na niebo podniosło się czyste, jasne słońce, stopniał cienki lód, który nocą pokrył wody, i cała atmosfera zadrgała od ciepłych oparów budzącej się do nowego życia ziemi. Zazieleniła się zeszłoroczna i nowa, dopiero strzelająca igiełkami z ziemi trawa. Napęczniały pączki kaliny, czeremchy i brzozy. Na złocistej łozinie zawisła pierwsza pszczoła, która zdążyła już wyprostować skrzydełka; zanuciły niewidzialne skowronki, wznoszące się nad aksamitem ozimin i nad zeszłorocznymi ścierniskami, zapłakały czajki nad nizinami i błotam, zalanymi mętną, wezbraną wodą, i wysoko, głośno krzycząc, przeciągały klucze żurawi i stada dzikich gęsi. (...) Unosząc się na siodle i wciągając w piersi ciepłe powietrze, w którym unosił się jeszcze zapach śniegu, leżącego w lesie i pokrytego licznymi śladami, Lewin cieszył się na widok każdego swego drzewa, z odradzającym się na jego korze mchem i z gałęziami pokrytymi pączkami.
L. Tołstoj, Anna Karenina, wyd. Zielona Sowa, Kraków 2005. 

Ja pragnę tylko żeby wiosna nie miała końca... jak napisał to Mahler...

niedziela, 1 stycznia 2012

Krwawa chusteczka żurnalowego eleganta

Z rozciętego brzucha wystawały jej płuca i wątroba, jak chusteczka z kieszonki żurnalowego eleganta. (...) Jak ze ściennego zegara wyjąłem ten piękny mięsisty mechanizm owczych wnętrzności, położyłem na stole podroby, kryza krtani skrzyła się jak chalcedonowe pierścienie, wątroba w cudownym fioletowym kolorze kardynalskiego kapelusza poddawała się pod palcami, płuca w świetle jarzeniówek zaróżowiły się jak zwiastujące deszcz baranki po zachodzie słońca, na lekko zamarzniętym łoju tworzyły się prześliczne białe chmurki płynące po niebiosach stołu oraz chmurki na zimowym niebie, chmury pełne śnieżyc i pluchy, na tym łoju zmierzwionym jak łąka w kretowiskach, jak pełny załamań i wcięć ludzki mózg... „Jutro zrobimy z tego gulasz na dziko, dodamy ozorek...”, powiedziałem, odcinając głowę z niebieskimi oczyma i wyciekłą z nozdrzy galaretą piękną jak Gele Royal...
Bohumil Hrabal, Święto przebiśniegu, wyd. Świat Literacki, Warszawa 2008.


Znajdźcie mi drugiego, który tak pięknie pisałby o owczych wnętrznościach! Kolejne spotkanie z Hrabalem i kolejne fajerwerki, zachwyt niewypowiedziany, rozmarzenie i oderwanie od rzeczywistości.