Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jaroslav Rudiš. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jaroslav Rudiš. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 grudnia 2021

Mróz i słońce na cmentarzu


Pierwsze białe Święta od dawna. Pierwsze bez Mamy – od zawsze.

Wigilia inna niż zwykle, bez barszczu z uszkami i bez kolęd, ale też dobra, miła, ciepła. Bożonarodzeniowy poranek mimo wszystko jeden z najpiękniejszych – z pieskiem, na pogrążonym w ciszy Zabłociu, zostawiając pierwsze ludzko-psie ślady na dziewiczej bieli. Śnieg na jego nosku. Bezruch prawie postapokaliptyczny, jakbyśmy byli jedynymi stworzeniami na ziemi.

A potem już tam gdzie zawsze, i nie było jej, ale tak jakby trochę była – w naszym śmiechu, który tak ją cieszył. Mróz na cmentarzu. Ale i słońce, i śnieg tak pięknie oślepiający. Wystarczy, by utrzymać głowę nad wodą. 

Winterberg wspiął się na palce, przytrzymując się poręczy, spoglądał na Dunaj. W czarną głębię pod nami. 

Jaroslav Rudiš, Ostatnia podróż Winterberga, przeł. Małgorzata Gralińska

wtorek, 29 stycznia 2013

Piękni samobójcy na górze Ještěd

Na górę Ještěd, do Grandhotelu, ściągają okoliczni samobójcy. Niczego już nie chcą, jak tylko pięknie umrzeć. Odchodzą, żegnani smutnym spojrzeniem blaszanego Jezusa na krzyżu, marynarza w małej żaglówce, samotnie stającego przeciwko tym samodestrukcyjnym pragnieniom. 
Myślę, że ci ludzie mogą być upojeni świadomością, że tu na górze nagle znajdują się dokładnie między niebem a ziemią, są upojeni pięknem góry i pięknem dołu, pięknem, którego nie jestem w stanie opuścić, pięknem, które kocham i którego nienawidzę. Są tak upojeni tym pięknem, że sami przed śmiercią pięknieją.
Nikt nie lubi samobójców. Może dlatego, że ludzie zazdroszczą im odwagi, której sami nie mają. Odwagi, żeby zrobić ten krok, żeby zaryzykować.
 J. Rudiš, Grandhotel, wyd. Good Books, Wrocław 2011.