Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Charles Bukowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Charles Bukowski. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 września 2023

Wierzyć, że jest coś oprócz śmierci

Znów wewnętrznie jestem w ciemnym miejscu. Przyszła wiadomość, na którą nie byłam gotowa. Wszystko się zmieniło. Więc chwytam się tych drobin piękna na zewnątrz. I są, na szczęście, są.

Dzień zaczął się niefortunnie – od dwóch biletów sprzedanych na jedno miejsce w pociągu i wrogości pasażerki, która ze swoją rodziną zaanektowała cały przedział i dla której stałam się natrętnym intruzem. Uciekłam, ruszyłam na bezmiejscówkową tułaczkę po pociągu, przetrwałam jakoś te półtorej godziny.

Kiedy jednak wysiadłam, stało się, jakby wszechświat chciał zrekompensować mi tę poranną przykrość – słońce w Krakowie świeciło mocno i wszyscy (ludzie na uczelni, pani w knajpce, do której wpadłam na obiad, pani w Lajkoniku, dokąd zawędrowałam po kawę) szeroko się do mnie uśmiechali. 

W ręce wpadały mi same piękne i tanie książki, cudowna wielka torba z napisem „Cześć” pojawiła się dokładnie wtedy, gdy jej potrzebowałam – gdy już tego całego książkowego dobra nie mogłam unieść. Piesek na zdjęciach ze spaceru od petsitterki radośnie tarzał się w trawie. 

Podróż powrotna przebiegła bez komplikacji. Rzeszów był złocisty i miodowy. Pepinek przywitał mnie, merdając swoim kikutem ogonka. Potem trochę czytałam, a przy lekturze trochę płakałam, ale dobrymi łzami. Zmierzch przyszedł cicho i miękko jak kot. Dziś wyjątkowo nie słucham Cheta Bakera. Ale sezon na niego już się zaczął. Wcześniej niż zwykle.

Ratuję się, czym mogę.

właśnie to pomaga wierzyć
ze jest cos oprócz śmierci:
ktoś w samochodzie jadącym zbyt wąską ulicą
kto zjeżdża na bok, żebyś mógł przejechać

Charles Bukowski, wiersz dla pucybuta (przeł. Michał Kłobukowski)


(„Umrę w samotności”, powiedział kiedyś. Nie może mi to wyjść z głowy).

Fot. tsg1 / pixabay.com

niedziela, 29 lipca 2018

Prędkość, uśmiech, powietrze!

– Ben – powiedziała matka. – Nie powinieneś palić. Wykończysz się.
– I tak nieźle sobie pożyłem.
– Co to za życie? – powiedział ojciec. – Nic tylko kłamstwa, chlanie, wyłudzanie, kurwy i picie. Nie przepracowałeś ani jednego dnia! A teraz umierasz, chociaż masz dopiero dwadzieścia cztery lata!
– Ja tam nie żałuję – rzekł stryj. Głęboko się zaciągnął camelem i wypuścił dym.
– Chodźmy stąd – powiedział ojciec. – Ten facet zwariował! [1]
W jednej chwili wszystko się zmieniło. Zrozumiałam, że to nie jest życie „nie dla mnie”. Czytałam o takich ludziach, uwielbiałam ich, podziwiałam ich, chciałam być jak oni, ale mówiłam sobie, że nie mam odwagi, że muszę zostać przy swojej szarej codzienności. Ale to przecież nieprawda. Mogę być wujkiem Benem, który popala papieroski na łożu śmierci i niczego nie żałuje, mogę być ciotką Mii z La La Landu, która wskakuje boso do Sekwany, mogę być stryjem Pepinem, który żyje z dnia na dzień i „ma w sobie jakąś wielką radość, która przypomina szaleństwo” [2]. Mogę wyjechać, mogę podróżować, wsiąść w samolot gdziekolwiek, mogę być kotem, panterą i lwicą, mogę wszystko! 

Czego wcześniej tak się bałam? Czemu chciałam pochować się żywcem? U progu trzydziestki czuję się znowu jak osiemnastka, jak gdybym urodziła się raz jeszcze. Coś się wydarzyło, wyczekane, wymodlone. Prędkość, uśmiech, słowa, których nigdy bym się nie spodziewała, i z którymi czuję się, jakby piękny motyl przycupnął mi na ramieniu, a teraz boję się poruszyć, żeby nie uciekł, więc stąpam na paluszkach, mówię szeptem, ostrożnie.

Nie wiem, co będzie, ale rzeczywiście tak jest chyba lepiej, nie planować, poczekać i zobaczyć, co się wydarzy. Więc czekam.

Cytaty:
[1] Charles Bukowski, Z szynką raz!, przeł. Michał Kłobukowski, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2015.
[2] Bohumil Hrabal, Taka piękna żałoba, przeł. Andrzej Czcibor-Piotrowski, wyd. Świat Literacki, Izabelin 1997.

środa, 29 lipca 2015

Niebiesko, pachnąco


Zapomniałam już, ile może dać taka zwykła chwila stania w oknie, w tej najlepszej porze dnia, kiedy słońca już nie ma, ale nocy też jeszcze nie, i jerzyki popiskując tną powietrze jak małe sztylety. Powietrze chłodne, często o tej porze roku pachnie czymś roślinnym. Robi się cicho i niebiesko. Gdzieś w czyjejś kuchni zapaliło się światło. Pod oknami przechodzi dwóch młodzianów, każdy dzierżąc dumnie czteropak Warki. Przez chwilę jeszcze ich słychać, jak o czymś z ożywieniem dyskutują, potem znikają za rogiem. Przez ulicę cicho przebiega kot.

Jerzyki, powietrze, cisza, różowe chmury na niebie – i znowu wracają wieczory u babci, chłodny dotyk prześcieradła na łóżku, skrzypienie drewnianego parkietu, głośne tykanie zegara. Albo jak latem wracałam z wycieczek rowerowych z tatą. Rozgrzana, zmęczona, gęba pełna piegów, rozwiany włos, podrapane nogi. I w naszej kuchni świeciło się światło.

Tylko trzeba być samym w ten niebieski, pachnący, jerzykowy czas. Inaczej to wszystko nie wróci.
Byłem człowiekiem, któremu świetnie służy samotność. Rozkwitałem dzięki niej, a jej brak był dla mnie czymś tak uciążliwym jak dla innych brak wody czy pożywienia. Każdy dzień, w którym nie było mi dane jej zaznać, osłabiał mnie. Nie traktowałem tego jako powód do dumy; raczej jako formę uzależnienia. Panująca w pokoju ciemność była dla mnie jak słoneczny blask.
Charles Bukowski, Faktotum

Fot. Michał Stachowski / freeimages.com