czwartek, 23 lipca 2015

A jeśli nawet nie jest już tak piękna, to trudno, nie szkodzi...

Dobra, cudowna Molly, chcę, żeby wiedziała, jeśli może jeszcze przeczytać moje słowa w jakimś miejscu, którego nie znam, że gdy o niej myślę, nic się we mnie nie zmieniło, że kocham ją wciąż i zawsze, na ten mój sposób, i że może przybyć tu do mnie, kiedy tylko będzie chciała, aby dzielić ze mną mój kawałek chleba i mój biedny los. A jeśli nawet nie jest już tak piękna, to trudno, nie szkodzi! Poradzimy sobie! Zachowałem w sobie tyle jej piękna, tak żywego i tak gorącego, że wystarczy nam na nas dwoje, na dwadzieścia co najmniej lat, aż do samego końca.

Louis-Ferdinand Céline, Podróż do kresu nocy

 Wracam tu.

piątek, 21 lutego 2014

Czekoladowe umieranie


Przeczytałam dziś o człowieku, który zginął w fabryce w New Jersey, utopiony w kadzi z gorącą czekoladą. Jaka to piękna śmierć! 

Czy to pan, panie Hrabal, podsunął mi z zaświatów tę historię? Na pewno pan.

Fot. Alessandro / rgbstock.com

sobota, 25 maja 2013

Zdzieranie skóry tapet, wyłamywanie kości podłogi


Z mieszaniną smutku i zachwytu patrzę na stare wnętrza, które na siłę zmienia się i przywraca życiu. Chylące się ku ziemi domy, szare od kurzu meble, pachnące naftaliną i stęchlizną mieszkania z pająkowatymi żyrandolami i skrzypiącymi parkietami. W każdej nie otwieranej od lat szafie i nie używanym od wieków piecu kaflowym mieszkają duchy. 

Potem ktoś przychodzi i wypędza je stamtąd, wymiata wraz z pyłem i trupkami owadów, ich mieszkania przerabia na stertę desek, a woń stęchlizny zastępuje gryzącym zapachem farby i lakieru do drewna. Zdziera delikatną skórę tapet, wyłamuje drewniane kości podłogi. Wkrótce wszystko tchnie nowością, można rozejrzeć się z zadowoleniem i zaprezentować odświeżone miejsce nowym lokatorom, i tylko gdzieś głęboko w kątach, pod nienaruszonymi listwami, w szparach między klepkami parkietu, w mikroskopijnych spękaniach ścian czają się resztki aromatu dawnych lat.

Czysta poezja!
To Vladimír nauczył mnie nie żałować wszystkiego, co właśnie znika, co przemija, wręcz przeciwnie, najchętniej ciągnął mnie właśnie tam, gdzie buldożery kruszyły stare ściany małych domków i wielkich kamienic (...). Jestem szczęśliwy, że przy tym jestem, że to widzę, że mogę stanąć w samym sercu tego pobojowiska, o które nikt nie dba, i czerpać perwersyjną rozkosz z tej chwili słodkiej apokalipsy.
B. Hrabal, Moja Libeń [w:] tegoż, Piękna rupieciarnia, wyd. Czarne, Wołowiec 2006.

Fot. rkirbycom (rgbstock.com)

sobota, 9 marca 2013

Gorycz Szczęścia wiśni

Melancholia jest tam, gdzie Piękno – które ginie;
    Gdzie Radość – która wiecznie znak od ust przesyła
Pożegnalny; gdzie Rozkosz – tak bliska Ruinie –
    Trucizną czyni nektar, nim pszczoła go spiła
O, tak: nawet i w samej Wesela świątyni
    Melancholia ma własny ołtarz za zasłoną:
       Ujrzy go ten, kto umie rozgnieść Szczęścia wiśnię
    O podniebienie mocą języka sprężoną –
Ten pozna smak potęgi posępnej bogini
    I duszą wśród jej chmurnych trofeów zawiśnie.
J. Keats, Oda o melancholii (przeł. S. Barańczak)

Myśl stara jak świat. Musiał inspirować się nią Proust, poszukując straconego czasu. I musiał inspirować się nią mistrz Hrabal, wracając wspomnieniami do browaru w Nymburku, do miasteczka, w którym czas się zatrzymał. Biegnąc nad rzekę, by się wypłakać.

Ja też wracam, też wspominam, zgodnie ze słowami Keatsa najpiękniej widzę to, co przeminęło lub już naznaczone zostało piętnem przemijania. Kiedy zamykam oczy i wyobrażam sobie Niebo, wcale nie widzę wielkiej biblioteki, jak czasem zdarzało mi się deklarować, ale zielony skrawek ziemi, na którym spędzałam latem mnóstwo czasu jako dziecko. Dojrzały sierpień, wczesne popołudnie, złociste słońce leje się strumieniami z nieba, po którym mknie mały samolot. Patrzę na niego, mrużąc oczy, i krzyczę swym piskliwym głosikiem: „Panie pilocie, dziura w samolocie!”. W namiocie dziadziu podwiązuje pomidory. Babcia plewi grządki gdzieś za domkiem. Na lekkim wietrze kołyszą się puchate kule astrów.

Dzisiaj już tego nie ma. Miejsce jest, ale domek prawie się rozpadł, wszystko zarosło chwastami, a po dziadziu została kurtka, w której zamieszkały pająki. Dlatego cofam się o piętnaście lat wstecz, do czasów gdy wszyscy siedzieliśmy w cieniu aronii i popijaliśmy napar z własnoręcznie wyhodowanej mięty.

Wtedy jeszcze nie miałam świadomości przemijania, radośnie oszczędzonej dzieciom. Za to rozgniatając dzisiejsze wiśnie Szczęścia czuję tę goryczkę. Każdą dobrą chwilę chwytam kurczowo, ale i tak się wymyka, jak motyl z niezdarnej klatki rąk roztrzęsionej staruszki. Ale Keats ma rację. To jest właśnie Piękno. Tylko tak może istnieć, kwitnąc na gruzach czasu.
Pytasz, co w moim życiu z wszystkich rzeczy główną,
Powiem ci: śmierć i miłość – obydwie zarówno.
Jednej oczu się czarnych, drugiej – modrych boję.
Te dwie są me miłości i dwie śmierci moje.
 J. Lechoń, Pytasz, co w moim życiu z wszystkich rzeczy główną...

Fot. Milanlj (stockfreeimages.com)

wtorek, 29 stycznia 2013

Piękni samobójcy na górze Ještěd

Na górę Ještěd, do Grandhotelu, ściągają okoliczni samobójcy. Niczego już nie chcą, jak tylko pięknie umrzeć. Odchodzą, żegnani smutnym spojrzeniem blaszanego Jezusa na krzyżu, marynarza w małej żaglówce, samotnie stającego przeciwko tym samodestrukcyjnym pragnieniom. 
Myślę, że ci ludzie mogą być upojeni świadomością, że tu na górze nagle znajdują się dokładnie między niebem a ziemią, są upojeni pięknem góry i pięknem dołu, pięknem, którego nie jestem w stanie opuścić, pięknem, które kocham i którego nienawidzę. Są tak upojeni tym pięknem, że sami przed śmiercią pięknieją.
Nikt nie lubi samobójców. Może dlatego, że ludzie zazdroszczą im odwagi, której sami nie mają. Odwagi, żeby zrobić ten krok, żeby zaryzykować.
 J. Rudiš, Grandhotel, wyd. Good Books, Wrocław 2011.
 

niedziela, 23 grudnia 2012

Czytając Mansfield nad rzeką Wilgą

Jest czasem tak, że doskonale pamiętamy w jakich okolicznościach czytaliśmy jakąś książkę. Jakby ktoś zrobił nam zdjęcie tej chwili, włożył je do szufladki w naszym mózgu i utrwalił w ten sposób w pamięci na zawsze, na wieczność spoił w naszej świadomości ten fragment, ten utwór, tego autora z tym wycinkiem czasoprzestrzeni.

W ten sposób wróciło do mnie pewne pochmurne popołudnie dawno temu, kiedy czytałam opowiadanie Katherine Mansfield. Stałam na mostku nad rzeką Wilgą, pośród drzew, czekałam na kogoś i było mi przyjemnie bo wiedziałam, że wrócimy potem do domu i spędzimy razem resztę popołudnia. Oparłam się o barierkę i pogrążyłam się w lekturze. Zaczęła padać zimna mżawka, ale nie przeszkadzało mi to. Feuille d'album, moje ulubione opowiadanie ze zbiorku Upojenie, zresztą chyba nie tylko z tego zbiorku, ulubione spośród wszystkich. Pogrążyłam się tak mocno, że przestałam być sobą, zniknęłam na chwilę z mostku nad rzeką Wilgą, przeniosłam się na zalaną popołudniowym słońcem uliczkę idąc w ślad za piękną dziewczyną. Zlałam się w jedno z czytanym tekstem, byłam nim. Co pewien czas tylko unosiłam głowę znad książki i uśmiechałam się do siebie, dawkowałam sobie tę słodycz i tytułowe upojenie, robiąc przerwy na kontemplowanie faktu, że ktoś zdołał napisać coś tak doskonałego.

Pamiętam tę chwilę tak dokładnie, jakby to było wczoraj. Prawie czuję ten chłodny deszczyk. Piękne – znaczyć wspomnienia przeczytanymi książkami. Żyć nimi.


Fotografia: coralsea (www.rgbstock.com)

piątek, 14 grudnia 2012

Cisza jak ciepły szlafrok

O Rzeszowie piszę często i gęsto, bo kocham to miasto, ostatnio jednak każdej mojej myśli o nim towarzyszy smutek. W samym jego sercu znajduje się małe mieszkanko, wokół którego całe to piękno się krystalizowało. Były rozkoszne zaułki, którymi się przechadzałam, główny deptak 3-go Maja ze starym kinem Zorza i tym sklepikiem ze słodyczami, w którym zawsze tak oszałamiająco pachniało czekoladą, było wybrzeże Wisłoka, były aleje pod Kasztanami i zamek, i parki i place zabaw, ale wszystko to tylko po to, żeby wrócić do tego jednego miejsca, rozłożyć się tam wprost na dywanie, napić się kawy i zagryźć słonymi paluszkami. Wyjść na balkon, na którym często wśród puchatych, czerwonych kul pelargonii pojawiała się biała jak mleko główka mojej kochanej babci, i ogarnąć wszystkie te cuda, zobaczyć wieżę zamkową dźgającą niebo za drzewami, poobserwować chuderlawych chłopców w czerwonych spodenkach i staruszki powoli zmierzające na wieczorną mszę. Posłuchać zamierającego ruchu na ulicy niemal pod stopami i zajadłego szczekania psa gdzieś w oddali. 

Miejsce to wkrótce umrze, a właściwie już umarło, razem z jego jedyną i ostatnią mieszkanką. Jeszcze wszystko jest w nim jak było i w trakcie dnia łapię się często na wyobrażaniu sobie go, właśnie w tym momencie. Widzę jak ludzie przemykają po ulicy poniżej, jak stukają obcasy na chodniku, jak zmierzch powoli zapada, już zamontowali na latarniach świąteczne dekoracje, a tam jest ciemno i pusto, mole zżerają bezkarnie już spoczywające tłumnie w szafach ubrania pamiętające jeszcze poprzedni ustrój, piętro wyżej gra telewizor, szybko i napastliwie tyka mały zegarek, i wszystko pokrywa się kurzem – te dwa obrazy, których sobie zażyczyłam w swoim własnym domu jako relikt mojego cudownego dzieciństwa, zegar który bił co pół godziny i przez który moja siostra nie mogła spać, kiedy tam nocowałyśmy, rozklekotany fotel w którym lubił przesiadywać mój dziadziu, rozklekotana kanapa na której lubiła przesiadywać moja babcia, i wisząca w przedpokoju pozytywka, co do której zawsze przekonana byłam, że to lampion, tymczasem dopiero niedawno uświadomiono mi, że to po prostu flaszka na alkohol. Od święta się ją nakręcało i grała tak pięknie, metalicznie, coraz wolniej, coraz wolniej, aż w końcu milkła i cisza po tym wydawała się aż brzęczeć. 

To tam, właśnie w tym mieszkanku doświadczyłam ciszy idealnej. Była to cisza zimowych popołudni takich jak dzisiejsze, gasnących powoli. Żadnego monotonnego buczenia komputera, bo oczywiście babcia nigdy go nie używała, żadnej zbędnej gadaniny, tylko ta cicha symfonia w tle – stłumiony przez okna warkot silnika na ulicy raz na jakiś czas, stukające obcasy, głosy dzieci, ten uparty pies którego szczekanie było stałym motywem mojego dzieciństwa, telewizor lub radio za ścianą, skrzyp starych drewnianych parkietów, tykanie zegara – leniwe, ten w salonie nie był pospieszny i napastliwy, raczej odmierzał minuty z pogodną rezygnacją starego człowieka. Cisza tak kojąca i ciepła jak puszysty szlafrok, którym babcia mnie przykrywała, kiedy przysypiałam na leżaczku lub wprost na dywanie.

Myślę, że im dłużej idzie człowiek przez życie, tym bardziej odczuwa potrzebę powrotu do swojego dzieciństwa, tym większe odczuwa pragnienie powrotu w głąb wyobraźni chłopca, do jego postaci, by urzeczywistnić to, o czym jako dziecko myślał, o czym marzył. (...) Ten chłopiec we mnie jest nie tylko moim domowym korepetytorem, nie tylko światłem w gęstniejącym zmierzchu, lecz także miarą wszystkich owych rzeczy, których nie dotyczy ani umieranie, ani śmierć.
Bohumil Hrabal, Taka piękna żałoba

Ilustracja: www.sxc.hu