sobota, 3 kwietnia 2021

Taniec ochroniarza, ptaszki i mazurek

A nosek wzruszająco oblepiony zaschniętą ziemią. W nocy znów gdzieś kopał.

Poranek wielkanocny nie taki jak dawniej. Zimno, pusto. 

Za to niebo było jak namalowane pastelami, ptaki śpiewały jak w rajskim ogrodzie, a pan ochroniarz w instytucie szkła puścił sobie głośno muzykę i tańczył, może sądząc, że o tak wczesnej porze w świąteczny poranek nikt go nie zobaczy. 

Po torach mknęły puste pociągi. Od czasu do czasu gruchanie gołębi. Z drzewa spadły w locie dwa małe ptaszki i biły się, bawiły albo na swój ptasi sposób radośnie przytulały. Stanęliśmy z Larym i przyglądaliśmy się im. W domu upieczone nocą (po dwóch szklankach prosecco) babeczki i czekoladowy mazureczek.

Może po prostu potrzebujemy jakieś nowej formy świątecznej radości. 

czwartek, 20 sierpnia 2020

Gdzie się podziało słońce?


Starszy pan, ubrany w krótkie spodenki, czerwone skarpetki z wzorkiem, z pstrokatą maseczką na twarzy, cały jakiś pstrokaty, barwny, uroczy. Wszedł do kawiarni, gdy siedziałam tam i czytałam, a na jego widok pani za ladą natychmiast się rozpromieniła. Wiedziała, po co przyszedł, musiał być stałym klientem. Minęłam go jeszcze później na ulicy, stał, trzymając pozłacanego balona wypełnionego helem. Człowiek-zjawisko. Jeden z tych, dzięki którym na świecie nadal świeci słońce. 

Dlaczego tak rzadko ich ostatnio zauważam? Czy to świat się zmienił, czy ja? Byłam kiedyś oczami, nie robiłam nic, tylko chłonęłam obrazy, cała skierowana na zewnątrz, a teraz jakbym się zatrzasnęła gdzieś w środku siebie i nie mogła wyjść. Brakuje mi przestrzeni, brakuje mi nieba za oknem i szumu drzew, dziś to boleśnie poczułam. Ale przede wszystkim – jakiejś słoneczności w sobie i zachwytu, który kiedyś był. Jeśli tak się dorasta, niech to ktoś zatrzyma. 
A więc słuchaj dzieweczko na początku wszystkiego jest PODZIW i jak zaczniesz czemuś się dziwić tak że aż wpadniesz w osłupienie to tak jakoś staniesz się przeraźliwie bierna ale to nic to jest tylko pokora lecz pokora pełna błyskotliwego oczekiwania to taki stan przed zwiastowaniem i mieć będziesz otwarte oczy oraz otwartą duszę i nagle ta twoja bierność stanie się swoim przeciwieństwem i ty to wszystko nie tylko zechcesz ale będziesz musiała zanotować a pisarzem jest ten kto zaczyna opisywać to co zobaczył to co mu zaświtało i nie jest to nic innego jak tylko ogromna radość z czegoś że coś jest poza tobą...

 Bohumil Hrabal, Wesela w domu, przeł. Piotr Godlewski

Brakuje mi tego.

Fot. tkirkgoz / pixabay.com

poniedziałek, 16 grudnia 2019

Bezradna czułość


Minęło kilka miesięcy. I choć zostałam redaktorką strony pewnego polsko-czeskiego festiwalu filmowego, wciąż nie potrafię pisać o filmach. Trochę lepiej za to, jak sądzę, wychodzi mi pisanie o emocjach. Więc może tak spróbuję podzielić się wrażeniami z seansu Historii małżeńskiej?

Tamci widzą w niej opowieść o dwójce egoistów i megalomanów, którzy nie wkładają odrobiny wysiłku, by się porozumieć. Przekrzykują się, roztrząsając temat zdrady, tak naprawdę najmniej w tym wszystkim istotny. Ja widzę dramat dwójki ludzi, którzy bardzo chcą, ale nie potrafią. Historia stara jak świat: i jedno, i drugie chce być sobą, kimś osobnym, chce mieć przestrzeń do oddechu, prawo by mówić o tym, co czuje. Chce być słuchanym. Chce czuć, że jego słowa mają znaczenie.

Może czasem po prostu się tego pogodzić nie da. Może nie wystarczy bardzo się starać i nad sobą pracować. Może czasem obydwoje potrzebują tyle przestrzeni i oddechu, że nie wystarcza powietrza. I któreś z nich zaczyna się dusić. Albo i jedno, i drugie.

I nie ma znaczenia, że się kochają. Bo jasne, że się kochają. Przecież widać to we wstępie i widać w zakończeniu. Na krok przed rozwodem obydwoje piszą do siebie najpiękniejsze miłosne listy, nigdy nie wysłane. O tym, co lubią w tym drugim i o tym, czego nie lubią, ale widzą, że to drugie się stara. Miłość i czułość ciągle tam jest, ukryta gdzieś głęboko, zadziwiona, dlaczego przestała wystarczać. Bezradna.

Bezradności najwięcej jest w scenie kłótni. W tej jednej przepięknej filmowej awanturze, która opowiada historię wszystkich kłótni świata. Złość narasta, spirala nienawiści rozkręca się tak bardzo, że w pewnym momencie obydwoje zaczynają wyrzucać z siebie słowa, które już nic nie znaczą, słowa, które służą tylko temu, żeby jak najbardziej ranić, skowyt konającego zwierza, i obydwoje dobrze zdają sobie z tego sprawę, dlatego kiedy wreszcie Charlie krzyczy, że codziennie życzy Nicole śmierci, i zaczyna płakać, jej nie zostaje nic innego, jak go przytulić.

Jacy biedni jesteśmy z tą bezradną czułością.

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Dobrze, że jesteś


Dziś taki dzień, gdy podobno każdy powinien mieć przy sobie kogoś bliskiego. Jesteśmy więc blisko. Mentalnie tulimy się do siebie jak te szczenięta, którym zdechła suka [1]. Mówimy sobie „Dobrze, że jesteś”. Boimy się tego, co będzie. Nie wiemy, ile jeszcze przytuleń i dotyków nam zostało, bardziej więc niż kiedykolwiek tęsknimy. Za skórą, ustami, językiem. Bo przecież nigdy, nigdy, nigdy nie wiadomo. Prawda?

Bo Zło, co się niczego nie wstydzi, niczego nie rozumie i idzie naprzód z podniesioną głową. Co „maszeruje przez świat krokiem defiladowym” [2]. Więc musimy ratować się Dobrem. Bliskością. Czułością. Uśmiechem, dotykiem, pieszczotą. Tym „Dobrze, że jesteś”. Bo jak inaczej?

[1] jak śpiewała Maria Peszek w Ćmach
[2] jak pisał pan Hrabal w Weselach w domu

niedziela, 29 lipca 2018

Prędkość, uśmiech, powietrze!

– Ben – powiedziała matka. – Nie powinieneś palić. Wykończysz się.
– I tak nieźle sobie pożyłem.
– Co to za życie? – powiedział ojciec. – Nic tylko kłamstwa, chlanie, wyłudzanie, kurwy i picie. Nie przepracowałeś ani jednego dnia! A teraz umierasz, chociaż masz dopiero dwadzieścia cztery lata!
– Ja tam nie żałuję – rzekł stryj. Głęboko się zaciągnął camelem i wypuścił dym.
– Chodźmy stąd – powiedział ojciec. – Ten facet zwariował! [1]
W jednej chwili wszystko się zmieniło. Zrozumiałam, że to nie jest życie „nie dla mnie”. Czytałam o takich ludziach, uwielbiałam ich, podziwiałam ich, chciałam być jak oni, ale mówiłam sobie, że nie mam odwagi, że muszę zostać przy swojej szarej codzienności. Ale to przecież nieprawda. Mogę być wujkiem Benem, który popala papieroski na łożu śmierci i niczego nie żałuje, mogę być ciotką Mii z La La Landu, która wskakuje boso do Sekwany, mogę być stryjem Pepinem, który żyje z dnia na dzień i „ma w sobie jakąś wielką radość, która przypomina szaleństwo” [2]. Mogę wyjechać, mogę podróżować, wsiąść w samolot gdziekolwiek, mogę być kotem, panterą i lwicą, mogę wszystko! 

Czego wcześniej tak się bałam? Czemu chciałam pochować się żywcem? U progu trzydziestki czuję się znowu jak osiemnastka, jak gdybym urodziła się raz jeszcze. Coś się wydarzyło, wyczekane, wymodlone. Prędkość, uśmiech, słowa, których nigdy bym się nie spodziewała, i z którymi czuję się, jakby piękny motyl przycupnął mi na ramieniu, a teraz boję się poruszyć, żeby nie uciekł, więc stąpam na paluszkach, mówię szeptem, ostrożnie.

Nie wiem, co będzie, ale rzeczywiście tak jest chyba lepiej, nie planować, poczekać i zobaczyć, co się wydarzy. Więc czekam.

Cytaty:
[1] Charles Bukowski, Z szynką raz!, przeł. Michał Kłobukowski, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2015.
[2] Bohumil Hrabal, Taka piękna żałoba, przeł. Andrzej Czcibor-Piotrowski, wyd. Świat Literacki, Izabelin 1997.

sobota, 2 czerwca 2018

Zdziczała Arkadia

Inaczej niż wiele moich szkolnych koleżanek, nigdy nie miałam babci na wsi. Jakąś odległą rodzinę, to tak, ale jeździło się do niej raczej od święta. Byłam mieszczuchem. Lecz miałam swoją małą enklawę wiejskości. Miejsce, gdzie można było leżeć na trawie, przyglądać się robaczkom, zaspokajać potrzebę kontaktu z naturą.

Trochę głupio mi o tym pisać, bo ogródek działkowy nie nadaje się przecież na dziecięcą Arkadię. Jakiś piękny dom z ogrodem, gospodarstwo ze zwierzętami, chatka w górach czy nad jeziorem – to tak, ale działka? Śmieszny skrawek ziemi, w której z oddaniem grzebią emeryci, obdrapane ławeczki, rozpadające się dykciane budy? Cóż, właśnie tak. W takim miejscu wraz z siostrą, pod czujnym okiem mamy i dziadków, spędzałyśmy w dzieciństwie najpiękniejsze wakacyjne dni.

Naprawdę czułam się tam, jak gdybym była daleko poza miastem. Drzewa i krzewy tłumiły odległe odgłosy ulic, a z tyłu, za ogrodzeniem, ciągnęły się pola porośnięte wysoką trawą, krzewami i kępami drzew, skąd czasem wyskoczył bażant, czasem zając, a kiedyś nawet, na moich oczach, sarna. Choć jeszcze w mieście, było tam dziko.

To tam, wśród żonkili, winorośli, śliw i czereśni, pączkowała moja bujna wyobraźnia. Zawzięcie odbijając piłeczkę tenisową, przymocowaną na gumce do zbiorniczka napełnianego wodą i położonego na ziemi, wyobrażałam sobie, że jestem wielką tenisistką, trybuny szaleją. Gdy babcia, zachwycona wypieloną przeze mnie grządką, zakrzyknęła „Urodzona rolniczka!”, natychmiast przeistoczyłam się w małą farmerkę. Gdy podrosłam, podczas długich godzin wśród grządek malin byłam mickiewiczowską Aliną, czekającą na swojego księcia.

Pamiętam młodziutką marchewkę, którą wraz z siostrą jadłyśmy z takim smakiem, i zielony groszek z pękających strąków, i poziomki. Pamiętam przedpołudniowe rozmowy przy kawie pitej przez dorosłych przy rozkładanym stoliku, zupę podgrzewaną na palniku gazowym, a potem smak herbaty ze świeżej mięty. Pamiętam moją „kuchnię” w piaskownicy, potrawy robione z piasku, wody i niedojrzałych jeszcze winogron, i siedzenie w ciemnym, pachnącym stęchlizną wnętrzu dykcianego domku, gdy akurat rozpadał się deszcz. Pamiętam roślinny zapach pomidorów w gorącym wnętrzu namiotu, pamiętam kłujący dotyk ogórków, pieczenie na nogach po pokrzywach, szelest wysuszonych na słońcu liści fasoli, warkot silnika samolotu gdzieś wysoko, wysoko. Wdrapywałam się na przerdzewiałą beczkę na deszczówkę, żeby zobaczyć, co jest tam dalej, ponad drzewami. Gdzieś tam był świat, który miałam kiedyś zobaczyć, ale to później, kiedy dorosnę, jeszcze nie teraz.

Potem się to skończyło. Najpierw umarł dziadziu. Została po nim tylko kosa w kącie i kurtka, w której gniazdo uwiły sobie pająki. Moja mama dzielnie starała się go zastąpić, ale zabrakło męskiej ręki, niezbędnej do cięższych prac. Babcia była coraz słabsza i też nie miała siły, by robić tyle, co dawniej. W końcu i ona odeszła. I działka została sierotą, przeszła w ręce mamy, która miała swoją pracę i nas, i nie mogła poświęcić jej tyle czasu, ile było trzeba. I zdziczała moja Arkadia, zarosła chwastami, beczka na deszczówkę pękła, dach w domku zaczął przeciekać, a pod łóżkiem wyrósł kopiec jakiegoś bardzo zdeterminowanego kreta. Nie było już młodych marchewek, groszku, poziomek ani żonkili, nie było naparu ze świeżej mięty.

Kilka tygodni temu tam wróciłam. Po długich latach – zobaczyć, jak wygląda ten skrawek ziemi, który był kiedyś dla mnie tak ważny. Nie poznałam go. Prawie minęłam, poszłam dalej, bo zawiodły też inne punkty orientacyjne, wszystko tak bardzo się tam zmieniło. Nie ma już enklawy wiejskości. Po naszej stronie jest jeszcze dziko, ale za drugim rzędem działek, tym naprzeciw naszego, wyrosło osiedle, piękne, nowe bloki, i zagląda już ten zewnętrzny, miejski świat bezwstydnie do naszych ogródków.

Ale nie poznałam też dlatego, że dziś ten skrawek wydał mi się tak mały. Nie po raz pierwszy zszokowała mnie ta „dorosła” zmiana perspektywy – to, co było wielkie i piękne, dziś jest tak małe i zwyczajne. To był jednak ten sam mój mały świat, poznałam go po metalowym, ogołoconym z płatków słoneczniku na jednej z mijanych bramek, i po zapachu. Wszystko pachniało tam tak, jak dawniej. Sparciałą gumą, nadgniłą dyktą, ogniskiem i „śmierdziuchami” – tymi kwiatkami, które później mama kupiła mi na balkon, i tak bardzo lubiłam je wąchać, bo przypominały mi dzieciństwo. Słońce świeciło tak samo, niebo wydawało się tak samo od niego wyblakłe, jak kiedyś, i tak samo podzwaniały na wietrze plastikowe butelki i puszki po piwie na wbitych w ziemię prętach, dla odstraszenia ptaków.

Gdy byłam mała, zawsze chciałam pójść tą alejką wśród działek do końca. Na drugi koniec, nie ten, gdzie zostawialiśmy samochód, ale ten odległy i nieznany. Zbyt się bałam zapuścić tam sama, wiedziałam, że będą się o mnie martwić, a nikt z dorosłych nie miał czasu, by towarzyszyć mi w tej wyprawie. Dziś spełniłam tamto marzenie. Choć wszystko wygląda już trochę inaczej, zrobiłam to – poszłam alejką do końca. U progu trzydziestki zaspokoiłam swą dawną, dziecięcą ciekawość. I byłam szczęśliwa.

Nieważne, że dziś już nie ma tych malin, które tak chętnie zbierałam, tych ogórków, które kłuły mnie w dłonie, szeleszczącej fasoli, pachnącego kopru. Nieważne, że zamiast wiejskiego domu z ogrodem albo chatki w górach mam tylko ten skromny, emerycki ogródek działkowy. Dla dziecka, jego bujnej wyobraźni, oczu i uszu chłonących wszystko jak gąbka, to tak samo dobra Arkadia, jak każda inna.

sobota, 17 lutego 2018

Kos wśród płatków śniegu


Czas od ostatniego, sierpniowego wpisu minął mi błyskawicznie, jak jeden dzień. To było intensywne kilka miesięcy, i przede mną jeszcze kilka równie intensywnych, zanim jednak pochłonie mnie na nowo wir pracy, biorę głęboki oddech i zostawiam tu dwa zimowe obrazki. Zimowe, choć w jednym czuć już wiosnę.

Pierwszy z nich jest bardzo zwyczajny, co nie ujmuje mu uroku. Śnieg skrzący się w świetle ulicznych latarni, po prostu. Po prostu, ale w tej prostocie jest perfekcja. Żadna drogocenna kolia nie skrzy się tak pięknie, a leży ten cud przy drodze, i nikt nie zwraca uwagi. Jak na latarnie rozpalane i gaszone przez pana Rambouska.

Drugi – wychodzimy z siostrą na ulicę o zmierzchu, z fiołkowego nieba lecą ciężkie płatki śniegu, a mimo to gdzieś na pobliskiej gałęzi niestrudzenie śpiewa kos. Ten ptak lasu i beztroskich letnich wieczorów, jak zauważa siostra. Ptak ciszy zaraz po deszczu, czerwono-słonecznych powrotów z ostatnich zajęć na uczelni i chwil, gdy pod wieczór pustoszeją podwórka, a na ulicach robi się cicho, dopowiadam ja. Mój ulubiony ptak – czas zawsze na moment dla mnie staje, gdy słyszę jego śpiew. Wiele z tych chwil pamiętam. A teraz mam w kolekcji kolejną, unikatową – z płatkami śniegu w tle.

I jeszcze jedno ważne odkrycie ostatnich dni. Smak świeżej mięty to moja magdalenka.

Fot. Leo_65 / pixabay.com