Oczywiście ma to też swoje ciemne strony. Wspomnienia, które atakują znienacka. I kiedy jakiś człowiek wchodzi do metra z wielkim psem, a po chwili zaczyna go do siebie tulić, uśmiech szybko przeradza się w łzy.
Przy tym ostatnim pobycie w Pradze znalazłam się jednak gdzie indziej, wśród innych ludzi, i przyszły nowe obrazy, które może pomogą zapomnieć te stare. Deszcz szumiący wśród liści za oknem hotelowego pokoju, rozmowy o tym, że wszyscy mamy „syndrom podvodníka” (z kimś, którego nigdy bym o ten syndrom nie podejrzewała), uściski na pożegnanie, kradzione papierosy, plamy z czerwonego wina na trampkach, James Dean, gdy za oknem już świtało.
No, no, serce… bądź cicho… odpoczniemy teraz.
Colette, Narodziny dnia, przeł. Krystyna Dolatowska, wyd. PIW, Warszawa 1975, s. 27.




