poniedziałek, 7 lutego 2022

Koraliki, szaleńcy i świetliste węże


Dopiero dziś dotarło do mnie, że to już. Czas pożegnania. Przechodząc dziś przez plac Wacława uświadomiłam sobie, że za pięć dni już mnie tu nie będzie, a Praga znów przestanie być moją Pragą. Może więc warto o niej choć krótko opowiedzieć? Zatrzymać w kilku obrazkach, zapamiętać?

Moja Praga jest najpiękniejsza o zmierzchu. Na Petřínie zapalają wtedy latarnie i wygląda jak dama z koralikami we włosach. Na Cmentarzu Wyszehradzkim robi się cicho i złociście, a wzdłuż Wełtawy suną tramwaje i pociągi, jak świetliste węże. Moja Praga jest pełna smíchovskich świętych szaleńców, którzy „szukają właściwej drogi”, a tramwaje jeżdżą tylko dla nich, i pełna wydr, które jedzą ludziom z ręki i wcale się nie boją. Mosty są tu szerokie, masywne, kawiarnie mają wielkie okna i wszędzie pełno zakamarków, w których można się zgubić. Moja Praga pachnie grzańcem i bożonarodzeniowymi choinkami. Jest wietrzna i jasna lub cicha i niebieska, czasami zamyślona i mglista, i zawsze pełna łabędzi. Jest jesienna (trochę za krótko) i zimowa (trochę za długo). 

Będę za nią tęsknić. Tym bardziej, że wraz z nią zostawiam za sobą coś więcej niż pięć miesięcy życia. Ale może będzie jeszcze inna, kiedyś?

niedziela, 26 grudnia 2021

Mróz i słońce na cmentarzu


Pierwsze białe Święta od dawna. Pierwsze bez Mamy – od zawsze.

Wigilia inna niż zwykle, bez barszczu z uszkami i bez kolęd, ale też dobra, miła, ciepła. Bożonarodzeniowy poranek mimo wszystko jeden z najpiękniejszych – z pieskiem, na pogrążonym w ciszy Zabłociu, zostawiając pierwsze ludzko-psie ślady na dziewiczej bieli. Śnieg na jego nosku. Bezruch prawie postapokaliptyczny, jakbyśmy byli jedynymi stworzeniami na ziemi.

A potem już tam gdzie zawsze, i nie było jej, ale tak jakby trochę była – w naszym śmiechu, który tak ją cieszył. Mróz na cmentarzu. Ale i słońce, i śnieg tak pięknie oślepiający. Wystarczy, by utrzymać głowę nad wodą. 

Winterberg wspiął się na palce, przytrzymując się poręczy, spoglądał na Dunaj. W czarną głębię pod nami. 

Jaroslav Rudiš, Ostatnia podróż Winterberga, przeł. Małgorzata Gralińska

sobota, 11 września 2021

Kobieta nie na miejscu

Patrzysz w karty i myślisz, nie jak odmienić zaprojektowany los, bo nie wierzysz, że to możliwe, zastanawiasz się raczej, w którym momencie to się stanie. W którym momencie ty, przewodniczka swojego życia, zboczysz z właściwego szlaku. A potem nieświadoma błędu powędrujesz dalej i dalej, i dalej, będziesz brnąć, wspinać się albo schodzić w dół, stając się kimś innym. Kobietą obcą dla samej siebie, kobietą nie na miejscu, kobietą umartwioną. A gdyby dało się uchwycić ten moment, czy miałabyś odwagę zawrócić?

Zaczynam wierzyć w Czechy Mariusza Szczygła. Pierwszego dnia po przyjeździe do Pragi poszłam z Larym na burgera, a w prezencie dostałam kawę i darmowe frytki. Kierowcy autobusów czekają, aż podejdę, i otwierają dla mnie drzwi. I wszyscy są mili, wszyscy się uśmiechają, wszyscy rozumieją moją koślawą czeszczyznę. Centrum trochę wzmaga nerwowość, ale na Bubenču jest tak zielono, spokojnie i cicho, a Stromovka – taka ogromna. Jak zielono-niebieska wyspa, na którą można wejść i zapomnieć o świecie na zewnątrz.

Mimo to jakoś nie jest mi dobrze ze sobą samą. Sprawdza się to, o czym czasem czytam – że od siebie nie uciekniesz. Dużo myślę o Mamie. Marzę o powrocie, chociaż wiem, że to powrót niemożliwy – bo nie tylko w przestrzeni, ale i czasie. Stoję w pewnym pokoju 600 km stąd, przede mną otwarte drzwi balkonowe, za nimi słońce, czerwone kule pelargonii, schnące na sznurze pranie. Dom. Nie ma go.

Cytat: Dominika Horodecka, Wdech i wydech, wyd. Warstwy, Wrocław 2020.
Foto: Bananayota / pixabay.com

sobota, 10 lipca 2021

O przytulaniu

Wczoraj na ulicy, spacerując z Larym, zobaczyłam mamę z córką, może czteroletnią. Przytulały się mocno, na misia. W końcu przestały, ale wtedy ta malutka powiedziała: „Jeszcze za mało!” i przytulały się dalej.

Przypomniało mi się to dziś, kiedy przeczytałam w czasopiśmie tekst o przytulaniu za pieniądze. Zasmucił mnie. Nie sądziłam, że ludzie są już aż tak samotni i aż tak tego potrzebują.

Rano nawet mój piesek zaliczył odrzucenie. Ładna suczka siedziała obok pani, jedzącej śniadanie przy stoliku. Podszedł do suczki, obwąchiwał ją przez dłuższą chwilę, czule, po pyszczku, po uszkach. Radośnie wokół niej ogonkował. W końcu szczeknął, coś jej powiedział. A ona nic. Patrzyła tylko przed siebie, nie zwracając uwagi.

Mam się do kogo przytulać. Od dziś będę robić to częściej.

Fot. AnnieSpratt / pixabay.com

sobota, 3 kwietnia 2021

Taniec ochroniarza, ptaszki i mazurek

A nosek wzruszająco oblepiony zaschniętą ziemią. W nocy znów gdzieś kopał.

Poranek wielkanocny nie taki jak dawniej. Zimno, pusto. 

Za to niebo było jak namalowane pastelami, ptaki śpiewały jak w rajskim ogrodzie, a pan ochroniarz w instytucie szkła puścił sobie głośno muzykę i tańczył, może sądząc, że o tak wczesnej porze w świąteczny poranek nikt go nie zobaczy. 

Po torach mknęły puste pociągi. Od czasu do czasu gruchanie gołębi. Z drzewa spadły w locie dwa małe ptaszki i biły się, bawiły albo na swój ptasi sposób radośnie przytulały. Stanęliśmy z Larym i przyglądaliśmy się im. W domu upieczone nocą (po dwóch szklankach prosecco) babeczki i czekoladowy mazureczek.

Może po prostu potrzebujemy jakieś nowej formy świątecznej radości. 

czwartek, 20 sierpnia 2020

Gdzie się podziało słońce?


Starszy pan, ubrany w krótkie spodenki, czerwone skarpetki z wzorkiem, z pstrokatą maseczką na twarzy, cały jakiś pstrokaty, barwny, uroczy. Wszedł do kawiarni, gdy siedziałam tam i czytałam, a na jego widok pani za ladą natychmiast się rozpromieniła. Wiedziała, po co przyszedł, musiał być stałym klientem. Minęłam go jeszcze później na ulicy, stał, trzymając pozłacanego balona wypełnionego helem. Człowiek-zjawisko. Jeden z tych, dzięki którym na świecie nadal świeci słońce. 

Dlaczego tak rzadko ich ostatnio zauważam? Czy to świat się zmienił, czy ja? Byłam kiedyś oczami, nie robiłam nic, tylko chłonęłam obrazy, cała skierowana na zewnątrz, a teraz jakbym się zatrzasnęła gdzieś w środku siebie i nie mogła wyjść. Brakuje mi przestrzeni, brakuje mi nieba za oknem i szumu drzew, dziś to boleśnie poczułam. Ale przede wszystkim – jakiejś słoneczności w sobie i zachwytu, który kiedyś był. Jeśli tak się dorasta, niech to ktoś zatrzyma. 
A więc słuchaj dzieweczko na początku wszystkiego jest PODZIW i jak zaczniesz czemuś się dziwić tak że aż wpadniesz w osłupienie to tak jakoś staniesz się przeraźliwie bierna ale to nic to jest tylko pokora lecz pokora pełna błyskotliwego oczekiwania to taki stan przed zwiastowaniem i mieć będziesz otwarte oczy oraz otwartą duszę i nagle ta twoja bierność stanie się swoim przeciwieństwem i ty to wszystko nie tylko zechcesz ale będziesz musiała zanotować a pisarzem jest ten kto zaczyna opisywać to co zobaczył to co mu zaświtało i nie jest to nic innego jak tylko ogromna radość z czegoś że coś jest poza tobą...

 Bohumil Hrabal, Wesela w domu, przeł. Piotr Godlewski

Brakuje mi tego.

Fot. tkirkgoz / pixabay.com

poniedziałek, 16 grudnia 2019

Bezradna czułość


Minęło kilka miesięcy. I choć zostałam redaktorką strony pewnego polsko-czeskiego festiwalu filmowego, wciąż nie potrafię pisać o filmach. Trochę lepiej za to, jak sądzę, wychodzi mi pisanie o emocjach. Więc może tak spróbuję podzielić się wrażeniami z seansu Historii małżeńskiej?

Tamci widzą w niej opowieść o dwójce egoistów i megalomanów, którzy nie wkładają odrobiny wysiłku, by się porozumieć. Przekrzykują się, roztrząsając temat zdrady, tak naprawdę najmniej w tym wszystkim istotny. Ja widzę dramat dwójki ludzi, którzy bardzo chcą, ale nie potrafią. Historia stara jak świat: i jedno, i drugie chce być sobą, kimś osobnym, chce mieć przestrzeń do oddechu, prawo by mówić o tym, co czuje. Chce być słuchanym. Chce czuć, że jego słowa mają znaczenie.

Może czasem po prostu się tego pogodzić nie da. Może nie wystarczy bardzo się starać i nad sobą pracować. Może czasem obydwoje potrzebują tyle przestrzeni i oddechu, że nie wystarcza powietrza. I któreś z nich zaczyna się dusić. Albo i jedno, i drugie.

I nie ma znaczenia, że się kochają. Bo jasne, że się kochają. Przecież widać to we wstępie i widać w zakończeniu. Na krok przed rozwodem obydwoje piszą do siebie najpiękniejsze miłosne listy, nigdy nie wysłane. O tym, co lubią w tym drugim i o tym, czego nie lubią, ale widzą, że to drugie się stara. Miłość i czułość ciągle tam jest, ukryta gdzieś głęboko, zadziwiona, dlaczego przestała wystarczać. Bezradna.

Bezradności najwięcej jest w scenie kłótni. W tej jednej przepięknej filmowej awanturze, która opowiada historię wszystkich kłótni świata. Złość narasta, spirala nienawiści rozkręca się tak bardzo, że w pewnym momencie obydwoje zaczynają wyrzucać z siebie słowa, które już nic nie znaczą, słowa, które służą tylko temu, żeby jak najbardziej ranić, skowyt konającego zwierza, i obydwoje dobrze zdają sobie z tego sprawę, dlatego kiedy wreszcie Charlie krzyczy, że codziennie życzy Nicole śmierci, i zaczyna płakać, jej nie zostaje nic innego, jak go przytulić.

Jacy biedni jesteśmy z tą bezradną czułością.