Popatrzył mi w oczy i polizał mnie po nosie.
sobota, 9 września 2023
wtorek, 5 września 2023
Wierzyć, że jest coś oprócz śmierci
Znów wewnętrznie jestem w ciemnym miejscu. Przyszła wiadomość, na którą nie byłam gotowa. Wszystko się zmieniło. Więc chwytam się tych drobin piękna na zewnątrz. I są, na szczęście, są.
Dzień zaczął się niefortunnie – od dwóch biletów sprzedanych na jedno miejsce w pociągu i wrogości pasażerki, która ze swoją rodziną zaanektowała cały przedział i dla której stałam się natrętnym intruzem. Uciekłam, ruszyłam na bezmiejscówkową tułaczkę po pociągu, przetrwałam jakoś te półtorej godziny.
Kiedy jednak wysiadłam, stało się, jakby wszechświat chciał zrekompensować mi tę poranną przykrość – słońce w Krakowie świeciło mocno i wszyscy (ludzie na uczelni, pani w knajpce, do której wpadłam na obiad, pani w Lajkoniku, dokąd zawędrowałam po kawę) szeroko się do mnie uśmiechali.
W ręce wpadały mi same piękne i tanie książki, cudowna wielka torba z napisem „Cześć” pojawiła się dokładnie wtedy, gdy jej potrzebowałam – gdy już tego całego książkowego dobra nie mogłam unieść. Piesek na zdjęciach ze spaceru od petsitterki radośnie tarzał się w trawie.
Podróż powrotna przebiegła bez komplikacji. Rzeszów był złocisty i miodowy. Pepinek przywitał mnie, merdając swoim kikutem ogonka. Potem trochę czytałam, a przy lekturze trochę płakałam, ale dobrymi łzami. Zmierzch przyszedł cicho i miękko jak kot. Dziś wyjątkowo nie słucham Cheta Bakera. Ale sezon na niego już się zaczął. Wcześniej niż zwykle.
Ratuję się, czym mogę.
właśnie to pomaga wierzyć
ze jest cos oprócz śmierci:
ktoś w samochodzie jadącym zbyt wąską ulicą
kto zjeżdża na bok, żebyś mógł przejechać
Charles Bukowski, wiersz dla pucybuta (przeł. Michał Kłobukowski)
(„Umrę w samotności”, powiedział kiedyś. Nie może mi to wyjść z głowy).
Fot. tsg1 / pixabay.com
piątek, 28 lipca 2023
Malina z porto
Wieczorem pierwszego dnia mojego nowego życia starszy pan na ulicy uchylił kapelusza, uśmiechnął się szeroko i życzył mi wszystkiego dobrego. A później, jak nastoletni łobuz, zerwał kwiatek z miejskiego klombu i wręczył mi w prezencie.
Moja ulubiona lodziarnia była jeszcze otwarta, więc poprosiłam o porcję sorbetu malina z porto. W dzień, gdy poczułam się tak lekko, nic ciężkiego i mlecznego nie wchodziło w grę, a porto znów kojarzy się dobrze i już nie smakuje rozczarowaniem.
I tylko jerzyków brakowało mi do pełni szczęścia. Czy zdążyły już odlecieć?
czwartek, 20 lipca 2023
Bruno Schulz w spożywczaku
wtorek, 11 lipca 2023
Przyjaciel, nie maskotka
Mam sukę Senę, ale nie jestem jej właścicielem. Brzydziłbym się takim układem. Bardziej to ja należę do niej niż ona do mnie.
środa, 14 czerwca 2023
Mewy nad nocną Pizą
Centrum Pizy od pierwszej chwili uderzyło mnie zapachem. Cudownym, roślinnym, kwiatowym. Dałam się prowadzić tym wąskim, barwnym uliczkom pełnym kwiecistych woni jak odurzona.
Drugi zachwyt – widok z okna hotelowego pokoju. Taki, o którym mówi się, że „dech w piersi zapiera”, na katedrę i na wieżę. Krzywą, bardzo krzywą – jak bardzo, widać dopiero na żywo. Czy kiedyś nie runie?
I trzeci zachwyt, największy – mewy nocą. Ciągną w stronę kompleksu wieży, czasem krzyczą i ich krzyk niesie się wśród sennej ciszy, i wstaję wtedy od biurka albo z łóżka, podchodzę do okna, patrzę jak lecą. Unoszą się nad kopułą katedry, krążą wokół niej. Magiczny widok, jak ze snu. Wczoraj tańczyły bliżej, pod moim oknem, jakby specjalnie dla mnie.
Wśród tego całego piękna grzebię znów głęboko w myślach i wspomnieniach. Jestem tu sama, mam czas i przestrzeń. I dogrzebuję się do rzeczy, których może wolałabym nie wiedzieć. Że ta wyciągnięta ręka, która miała pogłaskać mnie po ramieniu, ale nie dosięgła – a może się zawahała – jednak nie daje mi spokoju. Że może tego potrzebuję bardziej, niż sądziłam.
Ale to ostatni moment, by zbudować coś, co nie rozpadnie się jak domek z kart. Lądować – czy jednak dalej tańczyć jak mewa wśród nocy, wznosić się i opadać, gonić za tym co piękne, ale ulotne?
Fot. riccardolucchi_photo / pixabay.com
piątek, 26 maja 2023
Wściekłość i wrzask
Dzień Matki.
Dzień, gdy powinnam myśleć o Mamie, wspominać, tęsknić. A zamiast tego – kolejny dzień, gdy mam w głowie ten straszny wrzask.
Czy Ty, Mamo, też to przeżywałaś? Chciałaś gryźć, kopać, rzucać talerzami? Czułaś się czasem jak w potrzasku? Myślałaś, że wszystko miało być jakoś inaczej?
Czy Ty, Mamo Mamy, też to przeżywałaś? Krzyczałaś bezgłośnie tak jak ja? Może właśnie dlatego – Ty, taka silna, taka pragmatyczna, taka nieustraszona – rozpłakałaś się kiedyś w rozmowie ze mną jak mała dziewczynka, wspominając tę sprawę sprzed trzydziestu czy czterdziestu lat, niesłuszne oskarżenia, przykrości, podejrzenia?
Tyle wieków trenowania nas w zaciskaniu zębów. Tyle lat ćwiczenia w bezgłośnym krzyku. Tyle lat tłamszenia w sobie tych wszystkich złych emocji, żalu, frustracji, smutku. Może ten rak, który Was obydwie zjadł, wyrósł na czarnej kuli złości?
„Nie chcę się z tobą kolejny dzień kłócić o pierdoły. Nie, nie będę cicho, cały dzień nic nie mówiłam, więc teraz wreszcie muszę” – krzyczała dziś na ulicy jakaś dziewczyna do chłopaka, z którym szła za rękę. I w myślach mówiłam nie do niej, a do niego: pozwól jej powiedzieć to, co czuje. Niech krzyczy.
Może tego trzeba życzyć wszystkim mamom: by potrafiły krzyczeć. I uczyły tego swoje córki. A synów – tego, żeby wreszcie posłuchali.
To nie jest dzień słoneczny. Ale musiał się tu znaleźć.
Fot. PublicCo / pixabay.com






